Nasze zaginione serca – Celeste NG

Celeste NG – pochodzi z USA, wychowała się w rodzinie naukowców. Jest laureatką Nagrody Pushcart. Pisze powieści, eseje i opowiadania. Obecnie mieszka w Cambridge, Massachusetts, z mężem i synem. Głośno było u nas o (także sfilmowanej przez Netflix) książce pt. Małe ogniska”, a najnowszy tytuł jej autorstwa to „Nasze zaginione serca”.

okładkowo
(…)
12-letni Bird mieszka w Stanach Zjednoczonych. Wiedzie spokojne życie u boku kochającego, ale pogrążonego w depresji ojca, który pracuje w uniwersyteckiej bibliotece. Matka Birda, chińsko-amerykańska poetka, opuściła rodzinę, gdy miał dziewięć lat.
Pod przykrywką bezpieczeństwa narodowego w kraju obowiązuje ustawa o nazwie PACT. W rezultacie książki napisane przez Azjatów o Amerykanach są zakazane i przerabiane na papier toaletowy. Poczta jest inwigilowana przez rząd, a przestępstwa z nienawiści wobec Amerykanów pochodzenia azjatyckiego są ignorowane, a nawet aprobowane. Kiedy Bird otrzymuje pewien tajemniczy list zawierający zaszyfrowany rysunek, zostaje wciągnięty w poszukiwania matki. Chłopiec szybko wejdzie do podziemia działalności bibliotekarzy, pozna historie dzieci zabranych rodzicom i wreszcie trafi do Nowego Jorku, gdzie jego akt sprzeciwu może być początkiem tak potrzebnej zmiany.

Dystopijne opowieści to ja zawsze i łyżkami (no tak już mam), ale że nie ma ich wbrew pozorom wcale tak wiele, to każda (a zwłaszcza dobra) jest na wagę złota. W świecie wykreowanym przez Celeste Ng jest nie tylko inwigilacja i terror ale jest i bunt, trochę to przypomina choćby znany film „Equilibrium”. W przeciwieństwie też do innej książki pt.”451° Fahrenheita” – R. Bradburego tu się niebezpiecznych książek nie pali, tylko przerabia na… papier toaletowy. Juz nie wiem co gorsze tak btw.
Odbiera się też niewygodnym obywatelom dzieci, co jest właśnie wstęp do przejmującej historii głównego bohatera Birda, wyruszającego na poszukiwanie własnej matki. Poza tym cały wykreowany futurystyczny świat nie odbiega (właśnie o zgrozo), od tego naszego, jaki mamy dziś i do jakiego zmierzamy… nie tak obcego.
I te puste biblioteki… sama w jednej z nich pracuję…

Tematyka powieści mocno na czasie, a po zamknięciu okładek, pozostaje w głowie wiele pytań a w sercu rozterek, dużo, dużo do przemyślenia i podskórny niepokój.
Ta autorka właśnie tak ma, w jej poprzednich książkach, które też poleca, było podobnie. 

Wyd. RELACJA

Podwilcze – Martyna Bunda

Martyna Bunda wychowała się w Kartuzach, od 18 roku życia jest reporterką prasową, co z perspektywy czasu okazało się dla niej najważniejszą szkołą. Od 2012 r. jest kierowniczką działu krajowego w tygodniku „Polityka”. Jak się okazało praca redaktorska otworzyła przestrzeń pisarską i zaowocowała debiutem literackim pt. „Nieczułość”, a następnie „Kot niebieski”, jej najnowsza książka nosi tytuł „Podwilcze”. Prywatnie jest mamą dwóch córek.

okładkowo
Kornelia wraz z matką wiodą skromne życie, w którym dyscyplina jest ważniejsza od czułości. Kiedy staje się pewne, że ojciec i mąż już nigdy do nich nie wróci, pocieszenie ma nieść przygarnięty pies. Sonia, bo takie imię dostaje suka, da im o wiele więcej, niż z początku mogłoby się wydawać. Dzięki niej Kornelia pozna Narcyzę – tajemniczą kobietę, z którą połączy ją silna więź. Jaką cenę zapłaci Kornelia za obcowanie z kulturą, sztuką i kontrowersyjną Narcyzą jako przewodniczką? Co na to pruderyjne społeczeństwo? Czy poznanie zupełnie odmiennego świata wpłynie na przyszłość dziewczyny i pozwoli jej odnaleźć własną drogę? Co to znaczy dojrzeć? Kiedy zaczyna, a kiedy kończy się ten proces?
Podwilcze jest powieścią o podskórnie pulsującym pożądaniu, odkrywaniu swojej tożsamości i długiej drodze, jaka do tego prowadzi. O wstydzie, zagłuszaniu potrzeb i poczuciu własnej wartości. O różnych obliczach piękna i o tym, jaki wpływ na dorastające dziewczęta mają ich matki i duchowe przewodniczki. Wreszcie o relacji między człowiekiem i zwierzęciem, więziach między kulturą a naturą.


Martyna Bunda w najnowszej książce ponownie zaprasza nas do barwnego świata swoich bohaterów ich marzeń, nadziei, ale i porażek, uwikłań oraz decyzji życiowych.  Szczegółowe i bardzo plastyczne opisy, czynią całość mega wiarygodną, wciągającą i po prostu ciekawą.
Nie od dziś wiemy, że momenty przejścia nigdy nie są łatwe, tak jest i w tej zaprezentowanej nam przez autorkę historii. Samo dojrzewanie, przepoczwarzanie się, czy stawianie kimś innym niż się było dotychczas jest nie tylko trudne, pełne obaw ale też podszyte pewną dozą ekscytacji. Jest w tej prozie wiele tęsknot, marzeń i tajemnic, urokowi którym nie da się oprzeć.

Ja chyba po prostu lubię pisarstwo tej Pani, pamiętam jak przy okazji pierwszej jej powieści („Nieczułość”) byłam na bardzo ciekawym spotkaniu autorskim właśnie z tej okazji. A tu proszę już trzecia powieść, czekam niecierpliwie na kolejne książki.

Wydawnictwo Literackie

Ciemna strona – Markéta Pilátová

Markéta Pilátová (ur. 1973) to jedna z ciekawszych czeskich autorek, z wykształcenia romanistka i historyk. Jest też dziennikarką i tłumaczką z języka hiszpańskiego. Debiutowała w 2007 roku powieścią (Żółte oczy prowadzą do domu), nomin. Pilátová jest również autorką literatury dziecięcej (Wróżka Wawruszka i cienie zwierząt, 2009), (Kiko i tajemnica papierowego motyla, 2010). Mieszka w Pradze i trochę w Buenos Aires. Na stałe współpracuje z Instytutem Cervantesa w Pradze.

okładkowo
Wkoło trwa gorączkowy XXI wiek, ale w zasnutych mgłą Jesionikach czas płynie inaczej – zwłaszcza jeśli ktoś para się czymś tak nieuchwytnym i staromodnym jak uzdrowicielstwo.
Obdarzeni wyjątkowymi zdolnościami Mirek i Rudy diagnozują pacjentów, badają aury, leczą dotykiem i zabawiają bywalców miejscowej gospody wyginaniem łyżeczek siłą umysłu. Choć sam fach znachora może wydawać się ekscytujący, ich życie płynie całkiem spokojnie. Do czasu. Wszystko zmienia się, gdy trafiają na tajemniczy czarny płaszcz… Czy dadzą się wciągnąć w grę ciemnej strony?

Nie zawsze zdarza się książka przepełniona tak zwrotami akcji, jak ta. Do tego dochodzą nadnaturalne zdolności bohaterów oraz wszelkiej maści inni ezoterycy. Zgodnie też z tytułem „Ciemna strona” objawia swe różnorakie oblicze w bardzo ciekawy sposób. Niecodzienna historia, wielowymiarowy świat oraz odwiecznej problem walki dobra ze złem zaprzątają skutecznie umysły czytających. Wierzcie, ze to niesamowita przygoda w którą warto się zanurzyć.

Na pewno już to pisałam, ale proza czeska i piszący Czesi mają w sobie to COŚ, tu pozornie niby nie ma pośpiechu, ale jak to się często mówi w tym szaleństwie jest metoda.
Więc mgły, specyficzna aura i inne klimaty sprawiają, że książka jest naprawdę niepowtarzalna.

Kochani co ja więcej mam mówić, po prostu trzeba przeczytać i już, aby zrozumieć ten fenomen. Fenomen czeskiej prozy 🙂

Wyd.  Afera 

Szczęście wilka – Paolo Cognetti

Paolo Cognetti to jeden z najbardziej cenionych i kochanych przez czytelników włoskich pisarzy. Oprócz pisania prozy zajmuje się też pracą redaktorską. Powieść „Osiem gór” okazała się do tej pory jego największym sukcesem (prawa sprzedano do 30 państw). Sama zaś książka została uhonorowana kilkoma ważnymi nagrodami. Najnowsza wydana u nas to „Szczęście wilka”.

okładkowo
Oczyszczająca, głęboka opowieść o bezkresie gór, nieuniknionej samotności i kojącym spotkaniu. Po rozstaniu z wieloletnią partnerką Fausto szuka schronienia wśród górskich ścieżek, którymi chadzał w dzieciństwie. W Fontana Fredda spotyka Babette, która wiele lat wcześniej również uciekła z dużego miasta w góry, ona zaś proponuje mu pracę kucharza w małej restauracji dla narciarzy i pracowników wyciągu. Pracuje w niej również Silvia, wciąż niepewna, czy góry są dla niej zimową kryjówką, czy spełnieniem marzeń. Okaże się, czy odnajdzie swoją drogę i własne tempo, i czy jest gotowa przejść nią razem z Faustem. I jest jeszcze Santorso, który za dużo widzi, za dużo pije, i zaprzyjaźnia się z tym obcym kucharzem, umiejącym chodzić w milczeniu jak górale. A Fausto, gotując posiłki dla kierowców ratraków i drwali, na nowo odkrywa smaki życia, rozkoszuje się pragnieniami ciała i swobodą. Czuje, że jest dokładnie tam, gdzie być powinien. 

Powiedzieć, że ta książką jest czystą nostalgią to za mało, to pełna kolorów i uroku proza, która absorbuje czytającego bez reszty. Mimo niewielkiego formatu znajdujemy tu świetnie oddany górski klimat z jego charakterystycznymi symbolami takimi jak choćby szum potoku, pasterskie dzwonki czy świst wiatru w przełęczach…

Każdy z trzech bohaterów jest jak tytułowy wilk, szukający swego szczęścia, nie tylko w wymiarze cielesnym, doczesnym, ale też (a może zwłaszcza) tym duchowym. A prostota tej prozy, jej zwięzłość przekonają do siebie największego malkontenta, to pewne.

Już dawno temu stwierdziłam, że kocham brawurowe pisarstwo Irlandczyków, to teraz dodam do tego jeszcze piszących (bardzo poetycko) Włochów.

Piękne i ciekawe literackie odkrycie.

Wyd. SONIA DRAGA

Kwiaty z cukru – Antoine Laurain

Antoine Laurain to (rocznik 1972) francuski powieściopisarz, scenarzysta, dziennikarz, reżyser oraz kolekcjoner zabytkowych kluczy. Paryżanin, który po studiach filmowych rozpoczął karierę w branży literackiej. Pisał scenariusze, sprzedawał antyki, jednocześnie z powodzeniem uprawiać do dziś pisarstwo.
Jego powieści przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków. Najnowsza książka na naszym rynku nosi tytuł „Kwiaty z cukru”.

okładkowo
Maszynopis książki wysłanej do wydawnictwa przez tajemniczego autora działa jak przepowiednia. Czy to jedynie zaskakujący zbieg okoliczności?
Czasem fikcja kreuje rzeczywistość…
Życie Violaine Lepage, znanej paryskiej redaktorki, dyrektorki działu prozy francuskiej w dużym wydawnictwie, po wybudzeniu ze śpiączki, w którą zapadła po wypadku lotniczym, przybiera niespodziewany obrót pod wpływem powieści „Kwiaty z cukru”. Książka, wybrana spośród tysięcy propozycji nadesłanych do redakcji, niedawno ukazała się drukiem, a jej autora otacza aura tajemnicy. Nikt nie wie, kim jest Camille Désencres ani gdzie przebywa, co staje się szczególnie kłopotliwe, gdy tytuł przechodzi do ścisłego finału nagrody Goncourtów. Co więcej, zbrodnie opisane w książce naprawdę mają miejsce.


Z powieścią francuską rzadko mi po drodze, nie to że nie lubię, tylko bardziej chyba, że mi się nie trafia. „Kwiaty z cukru” choć objętościowo niewielkie, zaznaczają się bardzo ciekawie we współczesnej prozie. Do tego poznanie od podszewki pracy redakcyjnej, wydawniczej okazuje się bardzo ciekawe. 
Całość czyta się lekko, także za sprawą humoru, który doprawia lekturę, a nieoczywistość gatunków (przemieszanie kryminału, komedii oraz elementów paranormalnych) zaciekawia i bawi naprawdę dobrze. 
Owszem książka mogłaby być ciut dłuższa, bo się człowiek ledwo rozpędzi z pytaniem a tu już trzeba hamować. 

Podsumowując  barwnie, ciekawie i mega dynamicznie 🙂 
Koniecznie.


Wyd. NOWELA

Słowiańskie rośliny czarowne – Joanna Laprus

Janna Laprus (jak już pisałam przy recenzji poprzedniej jej książki) to bez wątpienia kobieta renesansu, bowiem w swoim zawodowym życiu była m.in. redaktorem naczelnym miesięcznika „Bluszcz” i „Papermint”. Jest redaktorem naczelnym w wyd. Świat Książki, no i ku wielkiej „uciesze czytającej gawiedzi”  popełniła kolejną książkę (poprzednia to „Słowiańskie boginie ziół”. Kolejna pozycja w tym słowiańskim cyklu nosi tytuł „Słowiańskie rośliny czarowne”.

okładkowo
To pięknie snuta opowieść o ziołach, gdzie pomiędzy stronami wije się dym palonych ziół, gdzie zaklęcia mieszają się siłami nadprzyrodzonymi i istotami z pogranicza światów. Zostały one podzielone na te miłośnicze, mocarne i wiedźmie.
Książka zachwyca bogatą szatą graficzną, podobnie jak w pierwszej części znajdziemy wizerunki magicznych istot wykonanych przez artystkę, Martę Jamróg z Jasielskiej Szkoły Ikon, a całość wzbogacona jest o ręcznie malowane ilustracje roślin czarownych.


Autorka „Słowiańskich roślin czarownych zachwyca oraz intryguje kolejną publikacją (kontynuacją) słowiańską. Przybliża nam umiejętnie (i ciekawie) mnóstwo zapomnianych lub wręcz nie znanych wierzeń ludowych, które czasami mogą bawić a nawet wprawić w osłupienie czytającego.
Wierzył nie wierzył, ale znać warto, bo wiedza typu „jak to ze lnem było” zawsze może się przydać, jeśli nie w praktyce, to choćby towarzysko 🙂 

Znajdziemy w tej pozycji sporo podań z przeróżnych miejsc, nie tylko rodzimych ale i z sąsiednich krajów.
Na pięknie ilustrowanych stronicach pojawią się rośliny miłosne jak lilia wodna czy rozmaryn. Poznamy zioła przydatne wiedźmom (wilcza jagoda, czarny bez) i wiele, wiele innych, nie mniej ważnych oraz przydatnych…do różnych celów. Joanna Laprus umiejętnie opowiada o wierzeniach, magicznych mocach roślin, czasami postrzeganych jako zwykłe chwasty,  które nie zawsze miały przymioty lecznicze.

To także pierwszorzędna pozycja dla kogoś, kto zna się na ziołach jak kura na pieprzu ale też dla tych co to i owo wiedzą (dzięki niej łatwiej uporządkować swoją wiedzę).
Piękne kolorowe wydanie, ze złoceniami tu i tam, jest świetnym pomysłem na prezent z różnej okazji. 
Na końcu jest bogata bibliografia, więc nic tylko czytać i poznawać temat dalej…
A ja już czekam na kolejną książkę Joanny Laprus, ciekawe o czym teraz mogłaby być… Może o zwierzętach mocy? Hmm…?

Wyd. Świat Książki






Mężczyzna imieniem Ove – Fredrik Backman

Fredrik Backaman to szwedzki dziennikarz, bloger oraz pisarz. Przez wiele lat współpracował z wieloma czasopismami i gazetami. W 2012 roku ukazał się jego książkowy debiut (bestselerowy, jak się okazało). Tym razem w nowym wydaniu zaprezentowało go wydawnictwo Marginesy. Sam autor obiecał swoim czytelnikom jedną książkę rocznie i póki co narazie słowa dotrzymuje 🙂

okładkowo
Na pierwszy rzut oka Ove wydaje się najbardziej gburowatym człowiekiem na świecie, zrzędą z żelaznymi zasadami, bezwzględną rutyną i skłonnością do wpadania w złość. Ludzie sądzą, że jest zgorzkniały, a on uważa, że otaczają go idioci. Uporządkowany i samotny świat Ovego zaczyna trząść się w posadach pewnego listopadowego popołudnia wraz z pojawieniem się nowych sąsiadów – gadatliwej młodej pary z dwiema niesfornymi córkami – którzy oznajmiają swoje przybycie, niszcząc Ovemu skrzynkę na listy podczas parkowania samochodu z przyczepą. Dalsze wydarzenia tworzą ciepłą opowieść o zaniedbanych kotach, nieprawdopodobnych przyjaźniach i nieoczekiwanym wywróceniu wszystkiego do góry nogami.

Lubię takie książki, takie które szczypią od środka i chwytają za serce. Co prawda sam tytuł „mignął” mi już kilka lat temu, ale się jakoś nie składało, aby przeczytać.
Backman bardzo „fajnie” pisze – dość oszczędnie w słowach a jednocześnie nie zwykle bogato znaczeniowo. To jak w tej cichej wodzie, która niepostrzeżenie, a jednak brzegi rwie.
Nie byłoby też tak dobrej lektury bez humoru, tego sytuacyjnego rzecz jasna, o… tak tu się dzieje. I wzruszenia do łez z rzeczy ważnych i poważnych, smutnych i bardziej smutnych. 
Jedna z piękniejszych i mądrzejszych książek jakie ostatnio zdarzyło mi się przeczytać. 

Filmu co prawda jeszcze nie widziałam, ale zamierza niebawem (bo jest z moim ulubieńcem Tomem Hanksem). No i poza tym kolejne książki tego autora czekają.

Wyd. MARGINESY

Nim dojrzeją maliny – Eugenia Kuzniecowa

Eugenia Kuzniecowa to jeden z najważniejszych młodych głosów w literaturze ukraińskiej. Nim dojrzeją maliny jest debiutem prozatorskim, napisanym w niezwykłej poetyce, którą można nazwać „magizmem realistycznym”. Za tę powieść autorka otrzymała wyróżnienie Europejskiej Nagrody Literackiej.

okładkowo
Trzy siostry, jedno miejsce na ziemi. Kojąca opowieść o powrocie do domu.
Mijka właśnie się zaręczyła, ale wciąż kocha innego mężczyznę. Lilka pragnie spędzić na ukraińskiej wsi ostatnie lato przed wyjazdem na drugi koniec świata. Marta niebawem urodzi bliźniaki i nie chce zdradzić, kto jest ojcem. Wszystkie trzy pragną schronić się przed światem. Marzą o tym, by wziąć oddech przed kolejnym skokiem na głęboką wodę życia.
Azyl znajdują w swoim raju z dzieciństwa – u babki Teodory. W jej domu, ukrytym w gąszczu krzewów, wśród śpiewu ptaków i zapachu owocujących drzew, czas na chwilę się zatrzymuje. Kobiety mogą na nowo odkryć siebie i łączące je więzi. Ale życie nie pozwala o sobie zapomnieć i coraz gwałtowniej wdziera się do ich niemal magicznego schronienia. Nie da się przed nim uciec, ale teraz już można stawić mu czoła.
Nim dojrzeją maliny niesie nadzieję wszystkim, którzy marzą o szczęśliwym miejscu na ziemi. To opowieść o tym, że czasem trzeba się zatrzymać, aby odnaleźć w sobie siłę.

Na początku był obraz (okładka) a potem słowo (opis książki) i zachwyciło od razu. „Nim dojrzeją maliny” skojarzyło mi się innymi czytanymi kiedyś tytułami – „Kobiety z Czerwonych Bagien” lub „Gdybym ci tylko powiedziała”.

W tej książce pod pozorem normalnej, zwykłej fabuły, jest jakaś oniryczność, ułuda, magia, wszystko przemieszane z „normalnością” cokolwiek miałaby ona znaczyć. Taki powrót do źródeł, do krainy dzieciństwa sprawdza się nieźle w powieściach, o ile są dobrze napisane.
Tak na szczęście jest. 
Słodycz i gorycz, dziegieć i miód tutaj zawarte sprawiają, że nie sposób nudzić się „malinami”, a tym bardziej odłożyć lekturę, zanim się dokończy.  
Kobiecość, przyjaźń, miłość, oddanie, szalony momentami feminizm, nadzieja, szaleństwo, radość i smutek, życie i śmierć… wszystko ściera się tu ze sobą, okraszone niesamowitym humorem bohaterek.

Jak na debiut wyszło cudnie, czy ja już mówiłam, że kocham takie debiuty, poza tym prozę ukraińska dążę szczególną estymą. Jest klimat, jest moc.




Wyd. Znak

Powierniczka opowieści – Sally Page

Sally Page – mieszka w Dorset, jest pisarką, miłośniczką kwiatów i wiecznych piór, a czasami również malarka. Po ukończeniu studiów pracowała w reklamie. W wolnym czasie uczyła się florystyki by otworzyć kwiaciarnię. Jej powieść ” Powierniczka opowieści”, która stałą się bestsellerowym fenomenem w Wielkiej Brytanii, a prawa do niej sprzedano do 17 krajów. 

okładkowo
Życie Janice, sumiennej sprzątaczki w sennym Cambridge, jest z pozoru nudne i zwyczajne. I choć niektórzy pracodawcy zdają się jej nie zauważać, coś sprawia, że część z nich decyduje się powierzyć jej swoją historię. Janice ma bowiem rzadką umiejętność – potrafi słuchać. Dzień po dniu powiększa kolekcję opowieści, do których często wraca, kiedy jej samej nie wiedzie się najlepiej. Gdy pojawia się w domu ekscentrycznej starszej pani B., okazuje się, że tym razem ktoś chce wysłuchać jej własnej historii. Janice jednak stawia sprawę jasno: jest tylko powierniczką opowieści, o sobie nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Pani B. wie jednak dobrze, że pozory mylą. I że Janice – jak każdy z nas – ma swoją opowieść…


Książka swoimi malutkimi rozdziałami, o tytułach niczym złote myśli np. „Nigdy nie opowiadaj nic głuchemu” – od razu skradła moje serce.
Ale uderzyła mnie też jeszcze jedna myśl, przecież w pewien sposób wszyscy jesteśmy takimi zbieraczami opowieści. Zbieramy je ale i oddajemy innym i to jest piękne.
Wracając do książki, to jest wyjątkowa. Może nie ma w niej zawrotnej akcji, ale i nie o to tu chodzi, a opowieści są rzeczywiście niczym w „Baśniach tysiąca i jednej nocy”, snute historia po historii, wątek po wątku. 
Po przeczytaniu całości śmiało stwierdzę, że największy urok i czar mieści się właśnie w zwykłych, codziennych sprawach i historiach.

Całość napisana uroczym językiem (bo nawet pies wtrąca tu swoje trzy grosze) choć z niezłym – niekiedy dosadnym – pazurem, ujęta w piękną okładkę.

Myślę, że to jedna z ciekawszych propozycji pod choinkę.

Wyd. Insignis

Wiedźmy Kijowa. Miecz i krzyż. – Łada Łuzina

Łada Łuzina rocznik 1972 roku w Kijowie. To dziennikarka i osobowość telewizyjna, a także jedna z najpopularniejszych ukraińskich pisarek. Studia nad historią, religią i magią Kijowa miały ogromny wpływ na jej twórczość literacką, która zaowocowała choćby książką pt. „Wiedźmy Kijowa”

okładkowo
Masza, nieśmiała i inteligentna studentka historii, mieszka z rodzicami i zaczytuje się w „Mistrzu i Małgorzacie”. Dasza, ekscentryczna piosenkarka z nocnego klubu, żywiołowa i nieco naiwna artystka: mało co ją dziwi, prawie wszystko cieszy. Katia, bizneswoman z sukcesami, samotna, zimna, lecz w głębi serca przepełniona pragnieniem miłości.
Trzy młode mieszkanki współczesnego Kijowa spotykają się po raz pierwszy niby przypadkiem… w chwili śmierci kijowskiej wiedźmy. Niespodziewanie przejmują jej moce, co całkowicie odmienia życie każdej z nich.

Zaczynają się czary i loty na miotłach nad kopułami kijowskich cerkwi. W żyłach buzuje gorąca krew. Jednak gdy w mieście dochodzi do rytualnych mordów, a podejrzenie pada na ojca Maszy, zabawa się kończy.
Do Kijowa powrócił demon. Trzy początkujące wiedźmy muszą stawić mu czoła: uchronić miasto przed jego klątwą i zapobiec kolejnemu morderstwu.

Sięgając po „Wiedźmy Kijowa” próbowałam sobie przypomnieć, czy wcześniej czytałam coś z urban fantasy, ale chyba nie, więc mój apetyt na tę książkę jeszcze się podwoił.
W Kijowie nie byłam, ale mam prababkę ze strony ojca pochodzącą z kresów, więc wschód jest mi dość bliski. Sam Kijów w powieści cudnie odmalowany, wręcz namacalny. A historia tu opowiedziana niesamowicie wciąga i to nie tylko jako historia miasta ze wszystkimi zawiłościami, tajemnicami, bogatą architekturą czy cienistymi zaułkami rodem z baśni i legend. To głównie ten „pierwiastek” magiczny, za sprawą samych wiedźm, słowiańskiej magii, kultury ukraińskiej, plus bogactwo językowe (nietuzinkowe poczucie humoru) i świetnie wykreowane postacie sprawiają, że książką nie da się nasycić.  

A prozę ukraińska cenię i czytam od lat, choćby pochodzącą z Ukrainy Marinę Lewycką, czy Maxa Kidruka, których też szczerze polecam.
A zwłaszcza teraz trzeba ich wspierać także i czytelniczo.
czekam niecierpliwie na kolejne części „Wiedźm…”

Wyd. Insignis