Kucharka z Castamar – Fernando J. Múñez

Fernando J. Múñez – pisarz urodzony w Madrycie w 1972 roku, ale też scenarzysta i reżyser. Ukończył filozofię oraz studia filmowe, a pierwszą powieść zaczął pisać już jako czternastolatek. W 2012 roku wyreżyserował film fabularny Las nornas, zaprezentowany później m.in. na Festiwalu Filmowym w Alicante. Kucharka z Castamar jest jego debiutem powieściowym dla dorosłych.

okładkowo
Dostatnie życie Clary Belmonte przerywa tragiczna śmierć jej ojca. Zrozpaczona i pozbawiona protekcji młoda dziewczyna zostaje rzucona we wrogi świat. W XVIII-wiecznej Kastylii życiem kobiet rządzą namiętności mężczyzn. Nawet arystokratki padają ofiarami ich bezlitosnych gier, a los wymaga od kobiet niewiarygodnej siły. Ale Clara ma wyjątkowy talent. Jest pasją jest kuchnia, a dania, które gotuje, zniewalają zmysły. Gdy dziewczyna zostaje zatrudniona jako pomoc kuchenna w posiadłości Castamar, wie, że to dla niej szansa, by zawalczyć o siebie. Tymczasem serce księcia Castamar od dawna czeka, by ktoś je obudził. Odkąd mężczyzna stracił ukochaną żonę, pokryło się lodem, a on sam, pogrążony w apatii, prawie nie opuszcza swych pokoi… Obecność pięknej kucharki burzy pozorny spokój Castamar. Posiadłość stopniowo zamienia się w kłębowisko intryg, zdrad i sekretów… Czy Clara zdoła się ocalić, gdy znajdzie się w sercu wydarzeń?

Już cudowna okładka czaruje, a pod nią kryją się same smakowitości a losy głównej bohaterki wciągają nas mocno. Cała historia ma nieodparty urok to pewne. Do tego autorka fenomenalnie oddała obyczajowość i wszelkie „tabu” tamtych czasów.

Ale ta książka traktuje nie tylko o miłości, bo mamy tu mocny głos kobiet, kobiet, którym tego głosu (zwłaszcza wtedy) nie dawano. Do tego znajdziemy też zemstę, lojalność, wielkie namiętności, pasje i dramaty. Dowiemy się, że w walce o swoje przeznaczenie nie ma „półśrodków”, jeśli chce się wygrać siebie… 

Czy ja wspominałam, że kocham książki w których jest o gotowaniu, często notuję przepisy, a że dawno takiej nie czytałam, tym bardziej mi się tutaj podobało… te wszystkie smakowite rzecz. 

Na Netflixie pojawił się serial inspirowany tą powieścią. I całkiem poważnie planuję go obejrzeć 🙂 (ale aby nie na głodniaka). Ciekawi mnie na ile jest wzorowana na książce… 


Wyd. Znak Literanova


Zagraj mi na drogę – Iva Procházková

Iva Procházková (ur. 1953) czeska pisarka – córka pisarza Jana Prochazka. Jest autorka głównie literatury dziecięcej, zajmuje się też dramatem. Wydawnictwo Afera wydało jej autorstwa cykl o śledczym Holinie: „Mężczyzna na dnie”, „Roznegliżowane” oraz najnowszą (trzecią już odsłonę jego przygód) pt. „Zagraj mi na drogę”.

okładkowo
Ciepły majowy poranek, niebawem całe miasto rozbrzmi tysiącem dźwięków festiwalu Praska Wiosna. Najważniejsze w Czechach święto muzyki poważnej ma jednak tragiczny przedtakt: w budynku filharmonii zostaje znalezione ciało Olgi Brandejsovej, klarnecistki o międzynarodowej sławie.
Kolejne śledztwo Mariána Holiny od początku źle się układa, w dodatku podinspektora zaczyna zawodzić słynna intuicja. Energiczna kapitan Šotolová ma zakaz przesłuchiwania świadków, pozostaje więc wsparcie Diviša Mrštíka, obżartucha coraz lepszego w policyjnym fachu, oraz Rosti Bora, który ma wiele zalet i jedną zasadniczą wadę – jest mężem Sabiny. A Holina planował z nią wspólne życie…

W myśl zasady „śpiesz się powoli” tak postępuje akcja w tej części holinowego cyklu. Akcja narasta dość powoli w takt namiętności i muzyki poważnej.  Procházková ma tę (świetną) umiejętność drobiazgowego wręcz kreowania swoich bohaterów, a każdy z nich z wnętrzem mrocznym bardziej niż niejedne zakamarki przedmieść. 

Niestety ja należę do osób „anty utalentowanych” muzycznie, więc z tym większą ciekawością czytałam o tym środowisku. Do tego autorka, sprowadzała mnie co chwila na manowce w swojej prozie, tu nie dało się niczego przewidzieć, czy rozwiązać (zanim sama nam na to nie pozwoliła). Ale w tym tkwi największa zabawa jak dla mnie.
Czeskie krymi od zawsze były specyficzne niby zbrodnia, ale nie taka krwawa, niby kryminał, ale nie taki do końca „kryminalny”.
Ta Książa tylko potwierdziła moją opinię na temat czeskiej literatury – po prostu genialnej.

Pomimo, że „Zagraj mi na drogę” to przede wszystkim dobra rozrywka, którą polecam na jesienne wieczory, to warto się także zastanowić co takim muzykom w mrocznej duszy gra… 🙂

Wyd. AFERA



Pomiędzy wzgórzem a doliną – Jowita Kosiba

Jowita Kosiba rocznik 1991 jest absolwentką polonistyki, pedagogiki oraz anglistyki. Jest też doktorantką na Uniwersytecie Rzeszowskim. Na co dzień uczy w szkole podstawowej. Jej pierwsza powieść „Zagubiony ptak” zwyciężyła w konkursie na polską współczesną powieść obyczajową. Uwielbia literaturę wiktoriańską, baśnie i mroczne historie, a także szeroko pojętą kulturę ludową. W nasze ręce oddała niedawno „Pomiędzy wzgórzem a doliną”. 

okładkowo
W ostatnią noc roku Weronika czyta list od przyrodniej siostry. Od dawna nie utrzymywały ze sobą kontaktów, jednak ta wiadomość zmienia wszystko – Eliza Wilkowiecka, słynna pisarka, jest umierająca. Swoje ostatnie miesiące chce spędzić w towarzystwie Weroniki, z którą rozdzielił ją rodzinny zatarg. Kobieta, wbrew zdrowemu rozsądkowi i oburzeniu najbliższych, wyjeżdża na drugi koniec Polski, do Leszczyniec. W starym pałacu, rodzinnej posiadłości Wilkowieckich, pragnie odkryć powody decyzji swojej matki, która przed laty najpierw porzuciła Elizę, a następnie ją. Zagłębiając się w przeszłość, odkrywa mroczną historię, która niegdyś rozegrała się pomiędzy dwiema rodzinami i dwoma domami – położonym na wzgórzu pałacem i ulokowanej w dolinie drewnianej chatce.

Oczarowanie tą powieścią to mało powiedziane, to po prostu totalna hipnoza… choć nie od razu połapałam się w fabule. Po zawiłym starcie, potem już było tylko lepiej. 
Jest magicznie, klimatycznie, tajemniczo z lekką nutką grozy nawet. Jest też o głęboko ukrytych sekretach rodzinnych, dramatach, tajemnicach i o poszukiwaniu miłości… tej jedynej. 
Bohaterowie bardzo różni od siebie, świetnie wykreowani, interesujący. Nawet ci drugoplanowi budzą naszą ciekawość. 

„Pomiędzy wzgórzem a doliną” jest urokliwą powieścią, pełną różnych emocji.  Zdecydowanie należy do tych książek, których się nie zapomina a po zamknięciu okładek jeszcze długo, długo zostaje z nami i w nas…
Plus za świetnie wplecione wątki naszej rodzimej, słowiańskiej mitologii.
Szykujcie też chusteczki.
Koniecznie !

Wydawnictwo MG

Zaginiona siostra – Tracy Buchanan

Tracy Buchanan mieszka w Buckinghamshire w Wielkiej Brytanii z mężem, córeczką i bardzo niegrzecznym psem Bronte. W przeszłości dużo podróżowała, pracując jako redaktor magazynu podróżniczego – od zawsze ciągnęło ją do morza, ta fascynacja inspiruję jej pisanie. „Zaginiona siostra” to jej pierwsza książka na naszym rynku.

okładkowo
Becky podnosi słuchawkę telefonu i po drugiej stronie słyszy bardzo słaby głos. W jednej sekundzie dociera do niej jednak, z kim rozmawia. To matka, Selma. Nie kontaktowały się ze sobą od lat, a teraz tej kobiecie, która porzuciła ją i jej ojca dla innego mężczyzny, niezależności oraz kariery pisarskiej, pozostało zaledwie kilka dni życia. I coś ważnego chce przekazać córce: Miałam drugie dziecko, z Idrisem.
Dwie kobiety, dwadzieścia lat milczenia i próba dotarcia do prawdy, która wstrząśnie światem Becky. Od tej pory jej życie nie będzie już takie samo. Poruszająca opowieść o rodzinnym dramacie, tajemnicach, kłamstwach i trudnych kobiecych wyborach. 

Lubię gdy jakiś autor miesza mi tropy i myli ścieżki umiejętnie przy tym prowadząc na literackie manowce. Tak jest w przypadku „Zaginionej siostry” Tracy Buchanan.
Od początku mamy z wysokiego C. Powieść niesamowicie wciąga i wzrusza, dając do myślenia, zwłaszcza na temat (jakże arcytrudnych czasami) relacji rodzinnych.  Jest też o sekretach (mrocznych tajemnicach) i marzeniach, o poszukiwaniu siebie i własnego miejsca i akceptacji w oczach innych… 

Szybka akcja, sprawna narracja i wyjątkowo lekkie pióro autorki, czynią książkę ekspresową w czytaniu. Z drugiej zaś strony książka pozostanie z nami jeszcze na długo po zamknięciu okładek, pod refleksje i zastanowienie.
Świetna rzecz zwłaszcza na urlop, ale nie tylko.  

Wyd. LITERACKIE

Zaginiona apteka – Sarah Penner

Debiutancka książka Sarah Penner (The Lost Apothecary) „Zaginiona apteka” ukazała się nie tak dawno jednocześnie w jedenastu krajach w tym także w Polsce. Pisarka wraz z mężem i miniaturowym jamnikiem imieniem Zoe mieszkają w St. Petersburgu na Florydzie.

okładkowo
Ukryta pośród zaułków osiemnastowiecznego Londynu tajemna apteka obsługuje niezwykłą klientelę. W całym mieście maltretowane lub zdradzane kobiety przekazują sobie szeptem wieści o tajemniczej Nelli, sprzedającej na pozór niewinne medykamenty, dzięki którym mogą raz na zawsze pozbyć się swoich dręczycieli. Los apteki staje jednak pod znakiem zapytania, gdy nowa klientka popełnia brzemienny w skutki błąd, którego konsekwencje ciągną się przez wieki.
Tymczasem współcześnie Caroline Parcewell, niedoszła historyczka, samotnie spędza w Londynie dziesiątą rocznicę ślubu, uciekając przed małżeńskimi problemami. Przypadkiem trafia na wskazówkę sprzed dwustu lat dotyczącą serii niewyjaśnionych zgonów w tym mieście, a wtedy los splata jej życie z życiem aptekarki sprzed wieków. Z życiem… i śmiercią
.

Wydawałoby się, że w przypadku dwutorowej fabuły typu przeszłość-teraźniejszość, która gdzieś tam się przecina nic mnie już nie zaskoczy… a tu proszę niespodzianka. No dobra, świadomie sięgnęłam po tę książkę, bo po prostu lubię takie historie. Co nie zmienia faktu, że mogłaby być słabo lub byle jak napisana. Prawda?  
Samym stylem opowieść troszkę, troszkę przypominała „Księgę ogni” J. Borodale ale tylko w tych fragmentach dotyczących aptekarki Nelii.
Dobrze, że spory nacisk był właśnie na tę część powieści, choć nie powiem zakończenie jej wątku zaskakujące.  Dodatkowo to mocny głos w obronie kobiet, choć też mocno radykalny – to fakt. 
Warstwa współczesna, czyli zawirowania życiowe Caroline już może mniej kręcą – tu najciekawsza chyba jest przemiana samej bohaterki, swoiste budzenie się z letargu dzięki… różnym faktom, a nawet znaleziskom. 

„Zaginiona apteka” to opowieść przede wszystkim kobiecej solidarności i przyjaźni oraz mocy i sile jaką wszystkie mamy w sobie, zwłaszcza w tych najtrudniejszych momentach.

Wyd. HarperCollins

Wierny czytelnik – Max Seeck

Max Seeck – jest fińskim pisarzem (rocznik 1985). Jest autorem trzech thrillerów, jednak to „Wierny czytelnik” przyniósł mu międzynarodową sławę. Prawa do tłumaczenia kupiło około 40 państw, Amerykanie pracują nad serialem na podstawie tej książki.

okładkowo
Maria, żona popularnego pisarza Rogera Koponena, zostaje znaleziona martwa w pięknej czarnej sukni wieczorowej u szczytu pustego stołu. Na twarzy kobiety zastygł upiorny uśmiech. Dokładnie tak scenę śmierci opisał jej mąż w swojej książce. W krótkim czasie liczba ofiar rośnie.
Dochodzenie w sprawie zabójstw prowadzi aspirant Jessica Niemi. Śledztwo nabiera rozpędu, kiedy film z miejsca zbrodni pojawia się w mediach społecznościowych uważanego za zaginionego męża ofiary.

Moje nowe fińskie odkrycie czytelnicze myślę, że zasługuje na uwagę i to nie tylko przez miłośników gatunku. 
Pisarz bowiem stworzył niesamowity klimat, przez to książkę czyta się jednym tchem.

I jak to u skandynawów jest ów chłodny, niespokojny klimat, spowity aurą tajemnicy. Co prawda akcja „nie leci na łeb, na szyję” jest powolniejsza, spokojniejsza…. i bardzo wciągająca tym samym (oderwać się trudno). Do tego fabularnie zaskoczenie, goni zaskoczenie.
Informacje dostajemy poracjami i choć może to czasami działać na nerwy, to jako całościowemu odbiorowi lektury robi nadzwyczaj dobrze, zapewniam.

Całość napisana niezykle barwnie z emocjonojuącymi  dialogami.
Czekam na kolejne książki autora.

Wyd. Sonia Draga

Ostatni – Maja Lunde

Maja Lunde i jej „Historia pszczół” kilka lat temu zawojowały świat, był to jej debiut dla dorosłych czytelników. Od tego czasu jej passa pisarska trwa, czego dowodem jest najnowszy tytuł „Ostatni”.  
„Trzy plany czasowe, trzy miejsca, trzy przeplatające się i uzupełniające wzajemnie historie o ludziach i zwierzętach. I próba odpowiedzi na powracające w książkach norweskiej pisarki pytanie – czy zdążymy naprawić błędy ludzkości?”

okładkowo
Sankt Petersburg, 1881 rok. Odnalezione w Mongolii kości nowego gatunku konia trafiają do zoologa Michaiła. Ten ze zdumieniem odkrywa, że szczątki do złudzenia przypominają szkielet prehistorycznego dzikiego zwierzęcia i marzy o wyprawie badawczej na stepy mongolskie. Czy awanturnik i poszukiwacz przygód Wolff pomoże mu ziścić to pragnienie?
Mongolia, 1992 rok. Karin wraz z synem Mathiasem zmierzają do Parku Narodowego Chustajn. Kobieta dorastała w rezydencji Hermana Göringa – Carinhall, gdzie konie Przewalskiego były trzymane w niewoli. Od tamtej pory nie ustaje w staraniach, żeby sprowadzić je z Europy do Mongolii, gdzie przed laty żyły na wolności. W końcu jest tego bliska. Jaką cenę przyjdzie jej zapłacić?

Norwegia, 2064 rok. Eva wraz z córką prowadzą podupadającą rodzinną farmę. Dokoła ruiny i zgliszcza, Europa powoli się rozpada, brakuje prądu i żywności, sąsiedzi wyjechali na północ. Nastoletnia Isa błaga matkę, żeby i one uciekły. Ale Eva nie chce opuścić zwierząt, zwłaszcza dzikiej klaczy, która spodziewa się źrebaka. Na dodatek pewnego dnia do ich drzwi puka tajemnicza kobieta, która szuka noclegu. Czy Louis ściągnie na nie zgubę? 

Po rewelacyjnej „Historii pszczół” i Błękicie” kolejna książka Mai Lunde nie mogła być gorsza …
Książka świetnie trzyma poziom, zaciekawia, a przede wszystkim mocno frapuje tematyką. Zmusza nas wszystkich do myślenia. I jak to u niej bywa, znów mamy kilka linii czasowych, które spaja w całość (w tym wypadku) Koń Przewalskiego. Przez karty powieści przebija ogromna miłość do zwierząt, które próbuje się ocalić, miłość ta jest okazywaną naprawdę w różny sposób.
Oprócz problemów dotyczących ekologii, środowiska czy natury mamy też wiele typowo ludzkich spraw i problemów nad którymi pochyliła się autorka.

Lunde nie owija niczego w bawełnę powieść stawia do pionu i zmusza do refleksji, bedąc przy tym niesamowicie dopracowaną w detalach, a przede wszystkim piękną.
W dzisiejszych czasach lektura obowiązkowa. Zapraszam.

Wyd. Literackie

Insignis w 3paku na święta – „Tworzyć gry”, „Nic się nie dzieje”, „Rok pełen inspiracji”.

Ostatni dzwonek na prezenty (dlatego i z recenzjami tak się spieszymy). Podpowiadamy więc choinkowo. Poniżej z różnej tematyki kilka pomysłów książkowych w myśl zasady 🙂 dla każdego coś dobrego oraz innego.

„Tworzyć GRY” – Patryk Polewniak
Książka to skarbnica wypowiedzi, rad oraz mnóstwa wskazówek związanych z tworzeniem gier. Obok wypowiedzi programistów czy grafików znajdziemy też relacje animatorów i pisarzy. Dzięki temu możemy poznać kolejne etapy tworzenia gier. Trzy pierwsze rozdziały wprowadzają do tematu i omawiają początki programowania gier. 
W drugiej połowie mamy już garść porad m.in. na temat tego jak pisać CV czy szukać pracy. Książka na pewno przydatna dla osób, które bardzo chciałby zacząć „tworzyć gry” a nie bardzo wiedzą od czego.
Przeczytanie jej to na pewno słuszny krok. 

Wyd. Insignis
Wyd. Insignis

„Nic się nie dzieje” – Kathryn Nicolai
Zapracowane i zabiegane umysły potrzebują odpoczynku. Niezależnie od tego, czy masz problemy z zasypianiem, czy budzisz się w środku nocy i nie możesz zasnąć, czy odczuwasz niepokój za dnia – sięgnij po książkę Nic się nie dzieje.

Autorka zgodnie z zapowiedzią na okładce oddała w nasze ręce najlepszy sposób na zaśniecie, czyli zbiór współczesnych ale ponadczasowych opowiadań na dobranoc i to dla dorosłego czytelnika. Idąc dalej, to na pewno są ciekawsze od książki telefonicznej z 1000 razy – choć dążą do tego samego efektu – zaśnięcia. Opowiadania – tuż po, książka tel. w trakcie 🙂 Urokliwe, spokojne, mądre po prostu idealne aby się wyciszyć. Pomiędzy tekstami znajdują się też cudne ilustracje (nigdy nie wyrosłam z obrazków w książkach) autorstwa Léi Le Pivert.
W naszym codziennym zabieganiu (nie tylko przedświątecznym) – to idealna lektura przed snem.

„Rok pełen inspiracji” – Regina Brett

Wyd. Insignis
Reginy Brett ani jej książek nie trzeba nikomu przedstawiać, a jeśli już to będzie dużo do nadrobienia. Jej najnowsza książka na naszym rynku jest zupełnie nietypowa.

52 tygodnie. Będziesz kochał, śmiał się, medytował. Pozwolisz sobie na chwile tylko dla siebie. Na zachwyt światem, na przygodę. Zaprosisz do swojego życia wdzięczność, empatię oraz porozumienie – ze sobą samym i z Twoimi bliskimi.

Ta książka to unikalny kalendarz od Reginy Brett na każdy rok!
Mamy w niej kolekcję wyjątkowych haseł oraz inspiracji, a każdy tydzień zachęcającą do motywujących ćwiczeń duchowych. Autorka pokazuje nam ścieżki, którymi można podążać w zwykłym codziennym życiu, bynajmniej nie szarym, zwłaszcza po czytaniu jej tekstów.
Treści zawarte w tym niewielkim dzienniku mogą okazać się ciekawymi lekcjami, takimi otwierającymi oczy na to co WAŻNE, a zazwyczaj zakryte lub pomijane w codziennym pędzie.
Samo wydanie od strony wizualnej jest bardzo dopracowane i eleganckie, co też nie pozostaje bez znaczenia.

Leniwe wieczory, burzliwe poranki – Alina Białowąs

Alina Białowąs – urodziła się we Wrocławiu i mieszka w nim do dzisiaj. Miłośniczka książek, bez których nie wyobraża sobie życia. Interesuje się psychiką kobiecą i jej dojrzewaniem do różnych etapów życia. Lubi obserwować ludzi. Ma ogromne poczucie humoru oraz dużo pozytywnej energii, którą chętnie obdarza znajomych. Zadebiutowała książką „Galeria uczuć”, która została bardzo ciepło przyjęta przez czytelników. Jej najnowsza książka (II cześć nowego cyklu) nosi tytuł: „Leniwe wieczory, burzliwe poranki”.

okładkowo
Po nieoczekiwanym i ukradkowym wyjeździe męża do Japonii Ewelina zdobywa jego adres i postanawia złożyć mu niespodziewaną wizytę. Jednak zanim jeszcze postawi stopę na lotnisku, uświadamia sobie, że Radek nie był z nią szczery i zataił ważne sprawy. Wściekła i rozżalona zostaje w Polsce, próbując sobie poradzić z nawałem emocji: rano nienawidzi Radka, po południu go kocha, a wieczorem nienawidzi za to, że go kocha. Ewelina ma wybuchowy charakter i jest kąpana w gorącej wodzie, więc zanosi się na to, że nigdy nie odzyska spokoju i już do końca życia będzie się miotać pomiędzy sprzecznymi uczuciami, zawieszając na kołku swoje małżeństwo. Na szczęście jej matka wraz z przyjacielem Gwidonem postanawiają wziąć sprawy we własne ręce, zapewniając Ewelinie całodobowy kontakt z „osobistym trenerem personalnym”. Ale czy to wystarczy, żeby kobieta odzyskała równowagę i wybaczyła Radkowi? Czy doceni go dopiero, kiedy poczuje, że może go stracić?

Książki Pani Aliny Białowąs, to dla mnie zawsze fantastyczna przygoda, kupa śmiechu ale i refleksji, bo przecież jedno drugiemu nie przeszkadza. Po pierwszym tomie, zapowiadało się wiele i faktycznie wiele się dzieje, choć większość w głowie samej bohaterki, lub podczas jej rozmów telefonicznych. Ewelina jest niczym żmija kąsająca własny ogon, którym się niemal dławi, na szczęście do czasu… bo w końcu „wszystko przemija – nawet najdłuższa żmija”.

Pisarka potwierdza swoją doskonałą literacką formę, dzięki której „Leniwe wieczory…” są skarbnicą trafnych spostrzeżeń dotyczących ludzkiej jakże złożonej (i pokręconej) natury.
Wszystko zostało oczywiście okraszane dobrym, momentami wręcz wisielczym humorem – moim zdaniem to już znak rozpoznawczy autorki 🙂 Do tego świetne wprowadzenie końcowego bohatera… a zakończenie, no cóż – chapeau bas.

Polecam nie tylko na święta, bo wierzcie mi nikt lepiej spraw ważnych i poważnych niepoważnie nie ujmie, nie umniejszając przy tym ich znaczenia. Warto.


Ten Dom jest mój – Dörte Hansen

Dörte Hansen – oczarowana językoznawstwem studiowała gaelicki, baskijski i fiński. Pisała m.in. słuchowiska radiowe, a w 2015 roku wydała debiutancką powieść „Ten dom jest mój”. W 2018 roku ukazała się jej druga powieść Mittagsstunde (W południe), ciepło przyjęta przez czytelników i krytykę. Autorka mieszka z rodziną w Niemczech w okolicach Husum.

okładkowo
Ironiczna i opowiedziana z humorem historia dwóch samotniczek, które niespodziewanie odnajdują coś, czego nie szukały – rodzinę.
Vera ma pięć lat, kiedy w 1945 roku wraz z matką ucieka z Prus Wschodnich do Starego Kraju, w którym jest nazywana „polaczkowym dzieckiem”. Przez całe życie czuje się obco w wielkim zimnym domu, a mimo to nie potrafi go opuścić. Sześćdziesiąt lat później u jego drzwi staje nagle siostrzenica Very, Anne, która uciekła z synkiem z modnej hamburskiej dzielnicy Ottensen. Vera i Anne są sobie obce, lecz zarazem wiele je łączy.


Pewnie nie ja jedna lubię książki inne niż większość, takie które dobrze się czyta, a które jednocześnie skłaniają do refleksji. „Ten dom jest mój” właśnie do takich należy. Napisana została ciekawym stylem –  wcale nie taka łatwa w odbiorze.
Emocje, emocje, emocje – powieść od nich aż kipi, jest w niej wiele niedopowiedzeń, a jeszcze więcej między wierszami. Pole dla naszej wyobraźni ogromne, zapewniam.  
Problemy poruszone w powieści to nie tylko relacje rodzinne, ale też sprawy emigracji, uchodźców dobrowolnych (czy przymusowych). 
Wszelki sprawy spaja ów Dom i najbliżsi sobie, tworzący go ludzie. 
Piękna książka skłaniająca do refleksji i przemyśleń, do docenienia owych największych wartości jakimi jest rodzina, dom, najbliższe nam osoby.

Jestem fanką tej autorki i czekam na kolejne jej książki.

Wyd. Sonia Draga