Ludzie z kości – Paula Lichtarowicz

Paula Lichtarowicz urodziła się w Wielkiej Brytanii. Studiowała literaturę angielską i psychologię. Pracując w różnych zawodach w końcu odkryła, że jej przeznaczeniem jest pisanie „Ludzie z kości” są jej trzecią powieścią, do której punktem wyjścia były dzieje babki autorki, która wraz z rodziną została wysiedlona na Syberię w latach czterdziestych XX wieku. 

okładkowo
Nastoletnia Lena zaplanowała już całe swoje życie. Podczas gdy jej siostra marzy o wyjściu za mąż i fascynuje się cygańskimi wróżbami, których wysłuchuje w taborze nad Sanem, Lena uczy się całymi dniami, by spełnić swój życiowy cel – zamierza studiować medycynę w Krakowie i zostać lekarką. Jest pewna, że nie dopuści, by stereotypy zrujnowały jej wizję własnej przyszłości. Los ma jednak dla niej inny plan. Niespodziewane małżeństwo, macierzyństwo, oderwanie od rodziny, wybuch drugiej wojny światowej i wygnanie na Syberię – to wszystko sprawia, że Lena na nowo musi zdefiniować swoje pragnienia i sens życia Nie może pozwolić sobie na słabość. Zdeterminowana, by walczyć o przetrwanie swoje i swojej córki, jest gotowa na wszystko. Na wszystko oprócz miłości. A przynajmniej tak się jej wydaje.


Opowieści i sagi rodzinne fascynują niejednego z nas, sama im jestem starsza, tym częściej skłaniam się ku takim historiom.
„Ludzie z kości” to niezwykle szczera (momentami wręcz brutalna) przepełniona pasją opowieść o wyborach i decyzjach życiowych. Ale także historia o nadziei, determinacji i niemal zwierzęcym instynkcie przetrwania. Jest i o niełatwej historii naszego kraju (zwłaszcza w wojennych czasach), o historii narodów żyjących obok siebie (jak Polacy i Ukraińcy) 
Sam styl narracji może nie należy do najprostszych, ale gdy już się do niego przyzwyczaimy, to lektura idzie całkiem sprawnie. Jest to z pewnością jedna z tych książek, które „uwodzą” nas niemalże pod koniec opowieści, czyniąc ja jeszcze bardziej wartościową. 

Powieść odrzuca i zachwyca i nie da się obok niej przejść obojętnie.
Skłania do refleksji i zostaje z nami na dłużej. Polecam.

Wyd. INSIGNIS

Kornik- Layla Martinez

Layla Martinez – rocznik 1987 (Madryt). Ukończyła nauki polityczne ale też seksuologię. Regularnie współpracuje z El Salto, koordynuje fanzin muzyczny Dolly Records i współprowadzi wydawnictwo Antipersona. Na naszym rynku ukazała się jej książka pt. „Kornik”.

okładkowo
Każdy dom przechowuje historie swoich mieszkańców. W rodzinnej siedzibie babki i wnuczki słychać głosy dobiegające spod łóżek i widać świętych ukazujących się na suficie. Stare ściany opowiadają o zaginięciach, których tajemnice pozostają nierozwikłane. Babka krąży po pokojach, rozmawiając z cieniami czającymi się w szafach i mrocznych zakamarkach. Z aresztu właśnie wróciła wnuczka. Jej zatrzymanie miało związek ze zniknięciem dziecka najbogatszej rodziny we wsi. To wydarzenie zmusza obie kobiety, by zmierzyły się z bolesną historią ukrytą w murach domu. Tytułowy kornik powoli toczy ich dusze i uruchamia zemstę skrzywdzonych przez patriarchat.

Powieść grozy Layli Martínez skrywa historię dziedziczonej traumy, konsekwencji wojny domowej w Hiszpanii i reprodukujących się przez pokolenia dziejów wyzysku i upokorzeń. Doskonale poprowadzona literacko, staje się bardziej namacalna niż niejeden reportaż.


„Kornik” to zaiste niewielka książeczka, ale za to z jakim ładunkiem, niepokojącym ładunkiem emocjonalnym… No, bo niby jakiś dom, a w nim babcia z wnuczką (jak w baśni Grimmów). Ale w ścianach są też inni lokatorzy realni i nierealni mieszkańcy i goście. Choć nic nie jest czarno na białym, a wiele się domyślamy.

Nietypowy styl (w końcu to debiut), nietypowa fabuła, nietypowe bohaterki… w zasadzie to wszystko tutaj jest nietypowe… i może dlatego takie  dobre.  
Jest też dość mrocznie (gdyby ktoś pytał). 
Jest też o niesprawiedliwości (szczególnie wobec kobiet)
Jest też i o zemście (i o traumie)
Jest też o wiele więcej (między wierszami)

Aż prosi się o więcej nie tylko treści (w tej książce) ale po prostu o kolejne powieści autorki.

Okładka książki Kornik Layla Martínez
WUJ

Popłynę przed siebie jak rzeka – Shelley Read

Shelley Read – pochodzi z Kolorado w piątym pokoleniu. Mieszka w Elk Mountains i najlepiej czuje się na wysokim szczycie. Niemal trzydzieści lat była starszą wykładowczynią na Uniwersytecie Western Colorado, gdzie uczyła pisania, literaturoznawstwa. Ukończyła także studia pisarskie i literaturoznawcze na Uniwersytecie Denver oraz podyplomowe studium twórczego pisania na filadelfijskim Uniwersytecie Temple. Współpracuje z czasopismami „Crested Butte Magazine” i „Gunnison Valley Journal”.
„Popłynę przed siebie jak rzeka” to jej debiut powieściowy, przetłumaczony na ponad trzydzieści języków, sprzedano również prawa do jej ekranizacji.

okładkowo
Siedemnastoletnia Victoria Nash prowadzi gospodarstwo na rodzinnej farmie brzoskwiń w Kolorado i jest jedyną kobietą w rodzinie. Wilson Moon to młody włóczęga z tajemniczą przeszłością, wysiedlony z plemiennej ziemi i zdeterminowany, by żyć po swojemu.
Ich przypadkowe spotkanie w chłodny jesienny dzień 1948 roku odwraca bieg ich życia. Victoria ucieka w okoliczne góry, gdzie walczy o przetrwanie, nie wiedząc, co przyniesie jej przyszłość. Wraz ze zmianą pór roku zauważa zmiany także w sobie, odnajdując w pięknym, ale surowym krajobrazie siłę, aby żyć dalej i odbudować wszystko, co utraciła, nawet gdy rzeka Gunnison zatapia jej farmę i ukochany sad brzoskwiniowy.

Książki o dojrzewaniu nigdy nie są łatwe ani w pisaniu ani w odbiorze (jak samo dojrzewanie zresztą). Znajdziemy tu poruszonych wiele różnorodnych  tematów, będzie o odejściach i powrotach, o stracie i przebaczeniu (także tym sobie) no i o miłości (także matczynej). Powieść została napisana pięknym językiem, choć dość surowym momentami, to jednocześnie niezwykle ujmującym w odbiorze. 
 „Popłynę… ” jest przepiękna w swej prostocie i surowości. Niezwykle dopracowana nie tylko językowo ale i w fabularnych szczegółach. Po prostu chwyta za serce.

Nie jest to lektura do szybkiego czytania, raczej do rozsmakowania się w niej, tak jak w złocistych i dojrzałych brzoskwiniach. 

Wyd. Marginesy

To coś w śniegu – Sean Adams

Sean Adams  wydał jak do tej pory dwie książki: How Design Makes Us Think: And Feel and Do Things oraz powieść (w klimacie Monthy Pythona) wydaną także po polsku pt. „To coś w śniegu”.

okładkowo
Położony na krańcu świata Instytut Północny jest otoczony rozległym obszarem wiecznego śniegu i lodu. Niegdyś był dobrze prosperującym ośrodkiem badawczym, lecz wskutek bliżej nieokreślonego incydentu jego działalność została nagle zawieszona, a zespoły naukowe ewakuowano. Teraz stanowi dom dla trojga nadzorców i jedynego pozostałego na miejscu badacza, który stara się zgłębić uczucie zimna. Misja jest prosta: doglądać wnętrz, wykonywać codzienne zadania i utrzymywać gmach w dobrym stanie na wypadek wznowienia badań. Nie wolno im tylko dotykać termostatu ani pod żadnym pozorem wychodzić na zewnątrz. Pewnego dnia dostrzegają tajemniczy obiekt, który pojawił się w śniegu. Są nim wręcz zahipnotyzowani. Nie umieją dokładnie określić jego kształtu ani koloru, ani nawet tego, czy się porusza, czy tkwi nieruchomo. Wiedzą jedynie, że tam jest. Chyba. Skonsternowani walczą o zapanowanie nad własną psychiką, podczas gdy to coś w śniegu igra z nimi, torpeduje ich pracę i każe podać w wątpliwość wszelkie wyobrażenia o tym, co dotąd uważali za normalne. Ironicznie zabawna powieść prowokująca do myślenia, pełna absurdalnego humoru rodem z Monty Pythona.

Książka za sprawą słowa „coś” w tytule i miejsca akcji od razu nasuwa skojarzenie z pewnym znanym starszym filmem (horrorem) pt. „Coś” Jednak podobieństwo jest tylko na tym poziomie. Owszem powieść już samego początku wprowadza nas w klimat izolacji, odludzia itp. jednak też zauważamy towarzyszące bohaterom absurdalne z naszego punktu widzenia sytuacje, czy zadania, których muszą się podjąć (a które traktują bardzo poważnie), pomimo, że sami zapętlają się i wątpią we własne zdrowie psychiczne. 

Wydawałoby się skoro nie ma akcji, wybuchów, pościgów, czy potworów, to powieje nudą, o nic bardziej mylnego. Książka jest niezwykle błyskotliwa i ciekawa. Specyficzny humor oraz ironia dopełniają całości, która jest naprawdę bardzo oryginalna. 

Czekam już na kolejne książki tego autora, może teraz to coś w trawie… kto wie 🙂

Wyd. HarperCollins

Króliczek – Mona Award

Mona Awad (ur. 22 sierpnia 1978) to kanadyjska powieściopisarka i autorka opowiadań, znana z dzieł utrzymanych w konwencji mrocznego komiksu.  Jej debiutancka powieść (Awada, 13 sposobów patrzenia na grubą dziewczynę) była nominowana do nagrody Giller Prize i otrzymała nagrodę Amazon.ca First Novel Award . Jej druga powieść, Bunny (Króliczek) , była finalistką nagrody Goodreads Choice Award dla najlepszego horroru i nagrody New England Book Award. Od 2020 roku pracuje jako adiunkt na Uniwersytecie Syracuse. 

okładkowo
Samantha jest outsiderką. Woli spędzać czas w swojej mrocznej wyobraźni niż w towarzystwie ludzi. Studiuje na Warren – w najbardziej nowatorskiej i eksperymentalnej szkole pisania w kraju. Wszystko tutaj wykracza poza gatunek, nie tylko literacko. Gardzi przeintelektualizowaną grupą samozwańczych poetek, składającą się z kilku nieznośnie bogatych dziewcząt, które określają się wzajemnie Króliczkami.
Sytuacja zmienia się, gdy Samantha otrzymuje od Króliczków osobliwe zaproszenie. Zostaje wciągnięta w ich kręgi, porzucając tym samym nie tylko swoje dotychczasowe poglądy, ale i jedyną przyjaciółkę, Avę. Dziewczyna zanurza się coraz głębiej w mglisty i jednocześnie przesłodzony świat Króliczków, zaczynając brać udział w rytualnych warsztatach, a granice rzeczywistości i absurdu zaczynają się zacierać.


Powiedzieć o tej książce, że czyta się ją w lekkich „oparach absurdu” nie będzie przekłamaniem. Akcja dziwna jak w mało w której powieści, wszechobecne poczucie zagrożenia i wyobcowania głównej bohaterki

Narracja i fabuła przez te zabiegi literackie wydaje się wręcz oniryczna, a odnaleźć sens w fabule jest po prostu trudno. Trzeba odebrać to tak jak jest napisane, czyli z entuzjazmem godnym neofity, bez oczekiwań… a wtedy da radę.

I mimo, że różowe, puchate, króliczkowe, to podskórnie dość mroczne, bo że szalone to już pisałam wyżej. Przekonajcie się sami.

Wyd. Poznańskie

Samotna noc – Charlotte Link

Charlotte Link – to niemiecka pisarka, która wydała już pewnie około 20  powieści, które przetłumaczono na kilkanaście języków. Jej wszystkie książki miesiącami gościły w ścisłych czołówkach list bestsellerów. Na podstawie kilku nakręcono nawet seriale telewizyjne. Mieszka wraz z rodziną i licznymi psami w Wiesbaden. Działa aktywnie w organizacji ochrony zwierząt PETA. Najnowsza powieść jej autorstwa nosi tytuł „Samotna noc”, która jest 4 tomem z cyklu Kate Linville.

okładkowo
W mroźny grudniowy wieczór Anna Carter wraca do domu opustoszałą drogą prowadzącą przez wrzosowiska północnego Yorkshire. Otuchy dodaje jej jadący przed nią czerwony samochód. Nagle kierująca nim kobieta zatrzymuje się, a do środka wsiada mężczyzna. Chociaż Anna nabiera podejrzeń, odjeżdża, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Następnego dnia okolicę obiega wiadomość o śmierci kobiety z czerwonego samochodu. Kim był mężczyzna, z którym widziano ją poprzedniej nocy – nieznajomym czy przyjacielem? Czy to on zabił Diane? Śledztwo komplikuje się, gdy znalezione w samochodzie ofiary odciski palców prowadzą policjantów do nierozwiązanej sprawy sprzed niemal dekady. Co łączyło kobietę lub jej mordercę z zaatakowanym we własnym domu nastolatkiem?

Powiedziałam kiedyś, że przestanę czytać jej książki, jeśli rozwiążę choć jedną z zagadek kryminalnych przez nią opisanych. No… czytam dalej 🙂
Choć pani Link niczym specjalnie nas z książki na książkę nie zaskoczy, to spotkanie z każda jej nową powieścią, jest jak spotkanie z dobrze znanym i zawsze mile widzianym przyjacielem. Po którym choć wiemy czego się spodziewać, to oczekujemy też jakiegoś zaskoczenia, no i je dostajemy…

Jest świetnie (jak zawsze) skonstruowana fabuła, mroczni lub zwyczajnie nijacy wręcz „niewidzialni” dla innych bohaterowie. No i zagadka kryminalna, niby przewidywalna, a jednak…

Link ostatnio gustuje w kreowaniu cykli (jak ten ww Kate Linville) i mimo że ja nie lubię cykli i nie czytuję ich zazwyczaj to dla tej autorki robię wyjątek. Dlatego serdecznie polecam „Samotną noc”. 

Wyd. Sonia Draga

Moje głupie pomysły – Bernardo Zannoni

Bernardo Zannoni (rocznik 1995) urodził się we Włoszech, mieszka w Sarzanie. Powieść „Moje głupie pomysły (Sellerio 2021) jest jego debiutem literackim. 

okładkowo
Archy jest kuną urodzoną w lesie w środku zimy. Ma pecha, bo przez kontuzję łapy własna matka oddaje go staremu lisowi Solomonowi. Ten wyjawia mu swój sekret: zdobył Biblię, dzięki której nauczył się czytać i pisać. Przed Archym otwierają się nowe światy: zaczyna rozumieć słowa, chce mocno kochać, ale też zabijać z zimną krwią. Wciągnięty w wir życia, wciąż szuka swojego miejsca na ziemi. A w świecie Archy’ego ludzie przeglądają się jak w lustrze.

Kto by pomyślał, że tak młody człowiek (autor) napisze tak przenikliwą rzecz, pełną życiowej mądrości  i doświadczeń.
Niezwykły świat zwierząt jaki tu zastajemy zaskakuje okrucieństwem i agresją.  Tu królują instynkty (także te najniższe) i prawa natury, tak, że czasami włos na głowie może się zjeżyć. Jednak pomimo brutalności, książka ma w sobie to coś, coś co potrafimy jeśli nie zaakceptować to przynajmniej  zrozumieć, będąc w końcu częścią tego świata.

Znajdziemy tu na pewno odrzucenie przez rodzinę, poszukiwanie siebie, jak i swojego miejsca na ziemi, no i przede wszystkim walkę o przetrwanie. 
Pojawiają się także konteksty religijno-filozoficzne. Dodatkowo dziarska narracja Archego dodaje całości prawdziwego blasku. 

Wyd. Literackie 

Londyńskie zasady – Mick Herron

Mick Herron urodził się w Newcastle, obecnie mieszka w Oksfordzie. Na swoim koncie ma wiele poczytnych i nagradzanych książek. Jednak to „Kulawe konie” zyskały status jednej z dwudziestu najlepszych powieści szpiegowskich wszechczasów, po „Martwych lwach” i „Prawdziwych tygrysach”, pojawiała się już czwarta część cyklu (Slough House) pt. „Londyńskie zasady”.

okładkowo
Whelan ma chronić premiera znajdującego się w ogniu krytyki, co nie przychodzi mu łatwo, bo sam jest atakowany ze wszystkich stron: przez kontrowersyjnego deputowanego, który doprowadził do referendum w sprawie Brexitu, a teraz ma chrapkę na Downing Street 10; przez żonę tego polityka, felietonistkę tabloidu, pogrążającą go w swoich artykułach; a już najbardziej przez Lady Di Taverner, swoją zastępczynię, która czyha na jego najmniejsze potknięcie. Na domiar złego krajem wstrząsa seria pozornie niepowiązanych ze sobą zamachów terrorystycznych. Tymczasem Slough House – ostatni przystanek dla szpiegów w odstawce – zmaga się z własnymi problemami: nieprzepracowaną żałobą, uzależnieniami, paraliżem decyzyjnym i niepokojącymi podejrzeniami, że nowy kolega jest psychopatą. A już niedługo kulawe konie po raz kolejny odkryją swoją największą moc: sprawianie, by każda zła sytuacja stawała się o wiele, wiele gorsza.

Mick Herron wraca do czytelników z kolejną częścią fenomenalnego cyklu (Slough House) i ponownie zaskakuje, wciąga w zwartą oraz gęstą od niespodzianek i mylnych tropów fabułę. „Kulawe konie” nie mają łatwo także tym razem, bo choć do bólu zwyczajni, choć po przejściach to dają radę „pociągnąć” sprawy – wydawałoby się z góry skazane na porażkę.

W piątej już części przygód byłych ,  nadal angielski humor jak to się mówi „robi dzień”, a książka wprost się skrzy od inteligentnego, błyskotliwego dowcipu. Dodatkową zaletą cyklu jest fakt, że części można czytać osobno i nie chronologicznie, choć najlepiej kolejno, ja tak zrobiłam. 

Londyńskie Zasady, 2023 (książka) - Profinfo.pl

Wyd. Insignis

Chłopki. Opowieść o naszych babkach – Joanna Kuciel-Frydryszak

Joanna Kuciel-Frydryszak jest absolwentką polonistyki we Wrocławiu, dziennikarką. Napisała szereg biografii m.in. Kazimiery Iłłakowiczówny „Iłła” – nominowanej do Nagrody im. Józefa Łukaszewicza, a także bestsellerowej, pierwszej w Polsce książki o polskich służących pt. „Służące do wszystkiego”, Jej najnowsza książka nosi tytuł „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”. 

okładkowo
Autorka Służących do wszystkiego wraca do tematu wiejskich kobiet, ale tym razem to opowieść zza drugiej strony drzwi chłopskiej chałupy. Podczas, gdy Maryśki i Kaśki wyruszają do miast, by usługiwać w pańskich domach, na wsiach zostają ich siostry i matki: harujące od świtu do nocy gospodynie, folwarczne wyrobnice, mamki, dziewki pracujące w bogatszych gospodarstwach. Marzące o własnym łóżku, butach, szkole i o zostaniu panią. Modlące się o posag, byle „nie wyjść za dziada” i nie zostać wydane za morgi. Dzielące na czworo zapałki, by wyżywić rodzinę. Często analfabetki, bo „babom szkoły nie potrzeba”.

Mając pochodzenie robotniczo-chłopskie (bardziej nawet chłopskie niż robotnicze) nie mogłam przejść obok tej pozycji obojętnie. Dziś w dobie wszelakich udogodnień, ulepszeń itd. często zapominamy jak kiedyś bywało ciężko, zwłaszcza na wsiach, co to był znój od świtu do nocy, jak to było na przednówku… 
Książka „Chłopki” jest tym bardziej istotna, ważna, ponieważ obala między innymi wiele z mitów dotyczących chłopstwa (zwłaszcza dawnej wsi).
Nie raz czytając zrobimy wielkie oczy na to jak ciężko było przetrwać głód, choroby i dożyć jako takiej starości, będąc jednocześnie uwikłanym w ówczesną obyczajowość, czy plątaninę przesądów. 
A walkę, jakże cichą i nie na pokaz prowadziły właśnie kobiety – chłopki, lektura jest swoisty hołdem im oddanym. To pewne.

Myślę, też, że aby poznać  i zrozumieć dzisiejsze matki, babki czy prababki trzeba cofnąć się w tamte czasy, choćby za sprawą tej książki. Polecam.

Wyd. Marginesy

Kilka dni z życia Alice – Liane Moriarty

Liane Moriarty jest australijską pisarką, autorką ok. dziesięciu już powieści, w tym bestsellerowych „Wielkich kłamstewek”, na których podstawie wyprodukowano serial (z Nicole Kidman w jednej z głównych ról).
Mieszka w Sydney wraz z mężem i synem. „Sekret mojego męża” jest kolejną świetną powieścią. 

okładkowo
Gdy Alice Love odzyskuje przytomność po wypadku, jej pierwsza myśl to: „Czy nic się nie stało dziecku?”. Wydaje się jej, że ma 29 lat, niedawno wzięła ślub z mężczyzną, którego kocha do szaleństwa, i jest z nim w ciąży. Kompletnie nie pamięta ostatniej dekady swojego życia: w rzeczywistości dobiega czterdziestki, jest matką trójki dzieci i właśnie się rozwodzi. Co gorsza, zupełnie nie rozumie (ani nawet nie lubi) osoby, którą się stała. Nie pamięta, jak z beztroskiej i trochę nieśmiałej dziewczyny stała się dziarską panią domu otoczoną wianuszkiem irytujących koleżanek. Nie wie, czemu jej ukochana siostra już z nią nie rozmawia, a własny mąż jej nienawidzi. Nie ma też pojęcia, kim jest tajemnicza Gina, o której wszyscy boją się wspomnieć… Czy to przez nią rozpadło się małżeństwo Love’ów? Dlaczego Alice odczuwa niepokój z powodu kobiety, której nawet nie pamięta? Czy w końcu odzyska wspomnienia i zrozumie nową siebie? I czy odzyska – miłość?

Liane Moriarty poznałam przypadkiem przy okazji „Wielkich kłamstewek”, nie filmu jeszcze nie widziałam.
„Kilka dni z życia Alice” jest jej kolejną świetnie wykreowaną powieścią. Podkreślam świetną, bo tak zamotać fabułę, aby zaciekawić, a przy tym czytelnik się w zawiłościach rzeczonej prozy nie pogubił, wcale nie jest łatwo. Pomimo, że temat z „amnezją” w tle jest wdzięczny, to też dość już ograny. Jednak okazuje się, że jeszcze można umiejętnie coś z niego wycisnąć. 

Ale do rzeczy, mamy oto konflikty przeróżnej maści, tajemnice, zdrady, namiętności itp, itd. Autorka duży nacisk położyła na tzw. odkupienie, przebaczenie, drugą (a może i trzecią szansę). Lubię jej prozę po prostu, bo jest nie tylko ciekawa ale i mądra, dająca sporo pod przemyślenia.
Całość czyta się bardzo dobrze i szybko aż do samego końca.

Wyd. ZNAK LITERANOVA