Śmierć pani Westaway – Ruth Ware

Ruth Ware po ukończeniu studiów w Manchesterze przeprowadziła się do Paryża, po czym osiadła na stałe w północnej części Londynu. Zanim wzięła się na dobre za pisanie to pracowała jako kelnerka, księgarz, nauczycielka języka angielskiego oraz rzeczniczka prasowa. „W ciemnym, mrocznym lesie” to jej debiutancka powieść, która trafiła na listy bestsellerów m.in w „New York Timesa” „Śmierć pani Westaway” to jedna z kolejnych jej książek.

okładkowo
Hal, młoda tarocistka, rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy. Nadal nie może pogodzić się ze śmiercią matki. Ponadto, człowiek, od którego pożyczyła sporą sumę, chce odzyskać swoje należności. Gdy Hal otrzymuje tajemniczy list, wydaje się, że jej sytuacja może się poprawić. Dowiaduje się z niego, że jej babcia – Hester Westaway – mieszkająca w ogromnej posiadłości w Kornwalii, zmarła. Ta wiadomość budzi wątpliwości Hal. Jest przekonana, że jej dziadkowie nie żyją już od ponad dwudziestu lat. Mimo że nie może w to uwierzyć, czuje, że powinna pojawić się na pogrzebie i odczytaniu testamentu. To może być dla niej szansa na duży zastrzyk pieniędzy.

Często tak mam, że nie wiem co czytać, mimo że książek mam mnóstwo (a podobno do przybytku głowa nie boli) to wtedy sięgam po dobry kryminał, Tym razem wypadło na Ruth Ware i jej „Śmierć pani Westaway”, której proza zawsze świetnie (płynnie się czyta) i mimo pewnej przewidywalności dostarcza oczekiwanej czytelniczej rozrywki. Jest to już trzecia jej autorstwa u mnie. 

Akcja wciąga od samego początku, są tajemnice rodzinne, odpowiednio mroczny klimat do tego, trochę cieni tu i tam… spiski, knowania i sekrety. Podczas czytania towarzyszy nam poczucie narastającego zagrożenia i zniecierpliwienie, kiedy to się wreszcie wyjaśni wszystko.
Całość to raczej obyczajówka z sensacja, kryminałem w tle. 

Bez wątpienia pisarstwo Ruth Ware ma to coś i dlatego tak chętnie po nie sięgamy, czego i ja nie jestem wyjątkiem

Wyd. Czwarta Strona

Nikt cię nie odnajdzie – Tove Alsterdal

Tove Alsterdal to szwedzka pisarka urodzona w 1960 roku w Malmö, która zanim zaczęła pisać pracowała jako dramaturg i dziennikarz. Literacko zadebiutowała w 2009 roku. Mieszka w Sztokholmie. Na naszym rynku ukazały się m.in. „Weź mnie za rękę”, „Grobowiec z ciszy”, „Ślepy tunel” czy najnowsza „Nikt cię nie odnajdzie”, która jest drugą częścią cyklu: Eira Sjödin.

okładkowo
W opuszczonym domu nad jeziorem Offersjön w gęstych lasach Ångermanlandii zostaje znaleziony zagłodzony mężczyzna. Nieboszczykowi odcięto dwa palce u lewej dłoni. Siedemset kilometrów dalej na północ, w niemal wyludnionej dawnej górniczej osadzie Malmberget inny mężczyzna zostaje uwięziony w piwnicy pustego domu i pozostawiony na pastwę losu. W wyjaśnienie sprawy zostaje zaangażowana Eira Sjödin, policjantka z Kramfors, która sama zmaga się z problemami rodzinnymi, jej brat odbywa karę więzienia za przestępstwo, do którego się przyznał, choć go nie popełnił.
Gdy znika kolejny mężczyzna, śledztwo wkracza w prywatne życie Eiry. Aby go odnaleźć, dzielna posterunkowa gotowa jest zaryzykować wszystko.

Mam za sobą znakomitą większość książek tej autorki. I jak zawsze nie zawiodłam się przy kolejnej. Wątek kryminalny, choć główny, to nie dominuje w fabule. Obyczajowo bardzo obszernie – dotyczy życia głównej bohaterki (jej relacji damsko-męskich i rodzinnych). Jest też skandynawsko-klimatycznie, jeśliby ktoś o to pytał.
Oczywiście nie ma tu pośpiechu (z tego też słynie Alsterdal) ona nadaje swej prozie niemal flegmatyczne tempo, które o dziwo „załapuje”, mam nadzieję, ze nie tylko u mnie 🙂 
Losy bohaterów zaciekawiają, mimo braku większych „zaskoczeń”, czy ciekawych twistów w fabule.

Ten kawał dobrej roboty po prostu dobrze się czyta, ja czekam na kolejne. 

Wydawnictwo Sonia Draga

Śmierć druga – Beata Dębska, Eugeniusz Dębski

Beata Dębska – jest absolwentką ekonomii we Wrocławiu, na co dzień „robi” w rachunkach, prowadzi wraz z mężem biuro doradztwa podatkowego, we Wrocławiu gdzie oboje mieszkają i gdzie rozgrywa się także akcja ich powieści. Eugeniusz Dębski (ww. mąż) to z wykształcenia filolog-rusycysta. Pisarz fantasy i science fiction oraz tłumacz rosyjskiej fantastyki. Jest prezesem wrocławskiego oddziału SPP a także współtwórcą i byłym redaktorem naczelny internetowego magazynu „Fahrenheit”.
„Śmierć druga” jest kolejną częścią (4) z cyklu: Tomek Winkler.

okładkowo
We Wrocławiu zostają znalezione zwłoki dwudziestoletniego Rafała Góry, a podejrzanym o morderstwo jest jego najlepszym przyjaciel, Sebastian. Buksujące w miejscu policyjne śledztwo mogłoby skorzystać z pomocy prywatnego detektywa Tomka Winklera, ale jest jeden problem: Winkler zna podejrzanego i ma pewne powody, by wierzyć w jego niewinność. Ma też sporo wątpliwości? Może dlatego zgadza się włączyć w dochodzenie swoją najbliższą współpracowniczkę ? Romę Wiśniowiecką, prywatnie: babcię. Gdy Winkler rusza tropem tajemniczego ?Tuliboru?, Roma prowadzi własne śledztwo w kipiącej od przemilczanych sekretów miejscowości, z której pochodził zabity chłopak.

Podobno „Czasami dawni wrogowie okazują się najlepszymi sojusznikami. Gorzej, gdy działa to w druga stronę?” – właśnie takie motto przyświeca najnowszej części przygód Tomka Winklera. A jest to moja pierwsza, jak to ktoś pieszczotliwie nazwał „winklerka”. Na szczęście każdą książkę w cyklu można czytać oddzielnie nie patrząc na chronologię.

Podoba mi się Wrocław, a raczej jego opisanie, jakoż że nigdy tam nie byłam, to łatwiej jest mi wyobrazić sobie owo miasto. Mysię, że po lekturze cyklu nie powinnam w nim się zagubić, jak już się wybiorę 🙂 Książkę charakteryzuje (in plus) brak dłużyzn, a to ważne, bo każdemu zdarza się „przewijać” strony, ale nie tym razem. Do tego sama historia dziarsko się rozwija, dlatego pewnie tak lekko się czyta. Całość wciąga mocno i intryguje z każdą stroną jest coraz bardziej wciągająco.
Mam nadzieję, że autorzy się nie obrażą, ale od czasów „Babci Rabuś” D.Walliamsa, nie znałam duetu babci i wnuczka 🙂 aż do tej pory, choć Roma i Tomasz stoją akurat po właściwej stronie barykady, a te ich słowne potyczki- majstersztyk.
W ogóle autorzy wypracowali sobie charakterystyczny style pisarski, jest sporo dialogów i nietuzinkowego humoru także sytuacyjnego.
Mimo że czytałam dopiero jedną książkę z tego cyklu, jestem przekonana, ze wyróżnia się on oryginalnością na tle innych z tego gatunku. Nie wiem jak wy, ale je już przybieram się do czytania kolejnych.

Wyd. AGORA

Jedno po drugim – Ruth Ware

Ruth Were to brytyjska pisarka, przez jakiś czas mieszkająca w Paryżu. Po powrocie do Anglii osiadła już na stałe w Londynie. Pracowała w wielu miejscach m.in. jako kelnerka, nauczycielka, księgarza. Zadebiutowała książką „W ciemnym, mrocznym lesie”. Jej kolejna powieść w moich rękach nosi tytuł „Jedno po drugim”.

okładkowo
Luksusowy domek w górach wydaje się rajem na ziemi. Do czasu, gdy lawina nie zmieni go w piekło. Pobyt w luksusowym, rustykalnym domku narciarskim we francuskich Alpach wydaje się przyjemnością. Chyba że bierzesz właśnie udział w wyjeździe służbowym, a każdy z ośmiu współpracowników ma coś do zyskania, coś do stracenia i coś do ukrycia. Kiedy współzałożyciel modnego londyńskiego startupu technologicznego organizuje wyjazd dla zespołu w góry, wszystko wydaje się dobrze zaplanowane. Schody zaczynają się, kiedy na stole pojawia się pewna oferta. Stawka jest wysoka – w grę wchodzą miliardy. Zdania w zespole są podzielone, a napięcie sięga zenitu. Burza szalejąca wewnątrz chaty nie może się jednak równać z tą na zewnątrz. Niszczycielska lawina odcina domek od świata zewnętrznego. Co gorsza, jedna z osób nie zdążyła wrócić ze zbocza, gdy uderzyła lawina… Mijają kolejne godziny, ratunek nie nadchodzi, za to narasta panika. W domku robi się coraz zimniej, a grupa nieustannie maleje. Gasną kolejne istnienia. Jedno po drugim.

Nie ma to jak dobry klimat w thrillerze, jakieś odludzie, bezludzie, klaustrofobiczna atmosfera, zamknięta grupa ludzi no i koniecznie trudne warunki pogodowe, śnieg, mróz albo powódź itp. Wtedy to się można dopiero literacko „zabawić”.
Tak też dzieje się w tej powieści, gdzie nie tylko światła gasną „jedno po drugim” Skojarzenia z prozą Agathy Christie? Jak najbardziej i naprawdę trafione.  

Mimo dość przewidywalnej fabuły, to czyta się sprawnie i przyjemnie, a całość zapewnia kawał słusznej rozrywki. Takiej która należy się nam wszystkim na urlopie, lub choć po ciężkim tygodniu pracy. 
Zapraszam.

Wyd. Czwarta strona

Ugotować niedźwiedzia – Mikael Niemi

Mikael Niemi – to szwedzki pisarz (rocznik 1959) o saamskich korzeniach – jego babka była Laponką, dlatego interesuje się mniejszościami etnicznymi w Szwecji. Od zawsze marzył o pisaniu, choć z wykształcenia jest technikiem elektrykiem, był nauczycielem, instruktorem w młodzieżowym domu kultury, pracował w wydawnictwie. Zadebiutował w 1988 roku tomem wierszy, pisał teksty dla radia i teatru. Wydana w roku 2000 „Populärmusik i Vittula” jest jest uznawana za jego właściwy debiut prozatorski, pisarz otrzymał za nią nagrodę Augusta w kategorii powieści (jest to najważniejsza szwedzka nagroda literacka).

okładkowo
Jest lato 1852 roku. W małej szwedzkiej wiosce leżącej za kołem podbiegunowym charyzmatyczny pastor Læstadius i jego pomocnik Jussi spędzają czas na długich rozmowach i badaniu roślin. Sielankę przerywa odnalezienie na bagnach zmasakrowanych zwłok pasterki. Rusza polowanie na niedźwiedzia posądzonego o zabicie dziewczyny. Pastor jednak odnajduje ślady wskazujące, że na wolności grasuje prawdziwy zabójca. Wkrótce okazuje się, że ma rację – niedługo potem morderca znowu zaatakuje…
Pastor i Jussi, pochłonięci śledztwem, nie zauważają nadciągających kłopotów. Działalność duchownego głoszącego odrodzenie religijne przysparza mu coraz więcej wrogów.

Na początku urzekła mnie okładka, w pięknych kolorach, niczym akwarelowy obraz, od razu przyciągnęła wzrok. Poza tym znałam serię i wiedziałam, że tu bubla nie będzie.

Sprawa kryminalna zaczyna się dość szybko, choć książka jest wymagająca i trzeba się na nią „przestawić”, a gdy już to nastąpi, to się dzieje, oj dzieje. Parę głównych bohaterów można umiejscowić literacko tak pomiędzy duetem śledczym z „Imienia Róży” a sprawami Sherlocka Holmesa, choć czasowo bliżej im do tego drugiego. Akcja powieści dzieje się w pierwszej połowie XIX wieku.
Przedstawianie (odkrywanie) rozwiązania zagadki jest ciekawie pokazane, bo sami podczas czytania na równi z bohaterami, dzięki różnym tropom, próbujemy ją rozwikłać. Niestety nie jest tak łatwo jakby się wydawało, gdyż nic tu nie jest oczywiste. Autorowi udało się fenomenalnie uchwycić klimat niepokoju, osobliwości, pewnej wręcz zaściankowości i codziennej biedy obecnej na północy Europy w tamtych czasach. Mamy tu dużo mroku i półcieni, niemal namacalnej walki dobra ze złem – silnej dewocji.

Ale co najbardziej mnie urzekło, to przemiana, rozwój jednego z bohaterów, ten głód jaki w sobie znajduje i to dzięki czemu znajduje ukojenie. To jest coś co, jak przypuszczam nie tylko mnie przynosi radość, ulgę, pocieszenie… a co to jest musicie przekonać się sami. Podpowiem tylko tyle, że kwintesencja tego jest na 116 stronie, albo jakoś tak. Kto będzie czytał, na pewno się zorientuje, bo przeczytać musicie koniecznie.

„Ugotować niedźwiedzia” to nie tylko oryginalny tytuł, to jedna z tych niezwykłych, zapadających w umysł i serce lektur, które zostają z nami na dłużej.

Wyd. BoWiem

„Morderstwa w Suffolk” – Anthony Horowitz

Anthony Horowitz – est angielskim pisarzem i scenarzystą popularnych seriali telewizyjnych, mistrzem budowania napięcia. Ma na swoim koncie wiele różnych nagród. Adaptował na potrzeby telewizji m.in. powieści Agathy Christie o Herculesie Poirot. Horowitz jest również autorem m.in. serii „Księga Pięciorga” oraz bestsellerowego cyklu o nastoletnim detektywie Aleksie Riderze. Po brawurowych „Morderstwach w  Somerset”, możemy delektować się kolejną z cyklu pt. „Morderstwa w Suffolk”.

okładkowo
Emerytowana redaktorka Susan Ryeland prowadzi ze swoim partnerem mały hotel na greckiej wyspie. Powinno to być życie, którego zawsze chciała… ale czy na pewno? Zmęczona obowiązkami i ciągłą walką, by wszystko działało, Susan zaczyna tęsknić za Londynem.
Wtedy pojawia się u niej para Anglików z dziwną prośbą. Opowiadają jej historię o morderstwie, do którego doszło w dniu ślubu ich córki Cecily, w tym samym hotelu, w którym miało się odbyć przyjęcie weselne. A kiedy dodają, że Cecily zniknęła kilka godzin po przeczytaniu kryminału, który Susan opracowywała kilka lat wcześniej, była redaktorka wie już, że musi wrócić do Londynu, żeby pomóc ją odnaleźć. Wygląda na to, że odpowiedzi na pytania, kto zabił i dlaczego zaginęła Cecily, kryją się na kartach tej powieści.
Susan nie wie jednak, że już wkrótce jej własne życie znajdzie się w niebezpieczeństwie…

Anthony Horowitz to mój ulubieniec od lat, jest on godnym następcą nie tylko Conan Doyla, Fleminaga, ale też Pani Christie. Jego powieści są tak wykreowane, że wszystko widzimy jakby „tu i teraz”, jakbyśmy patrzyli na całość z boku, jak reżyser pasjonującego filmu. Do tego ta cudowna szkatułkowość, och mało który pisarz tak potrafi, wierzcie mi. Uwielbiam powieści szkatułkowe już od czasu „Rękopisu znalezionego w Saragossie”.

Ale wracając do „Morderstw w Suffolk”, trzymają w napięciu od początku do samego baaardzo zaskakującego finału, podobnie jak pierwsza część czyli „Morderstwa w Somerset”, bo Horowitz i tutaj odwija fabułę kawałek po kawałek, fragment po fragmencie; otwiera kolejne drzwi i schowki. Do tego trzeba uważać na każdy nawet najdrobniejszy szczegół (tak, tak można robić notatki) :-), gdyż w zaczytaniu, mogą nam się mieszać fabuły, w końcu czytając jedną książkę czytamy ich więcej jednocześnie.

Mamy tu nie tylko suspens, tajemnice i zagadki, jest też spore podłoże obyczajowe (losy i rozterki) głównej bohaterki (narratora) jednej z fabuł.
Całość w brawurowych niemal sześciuset stronach, zawładnie waszym umysłem i sercem, bo tej prozy nie da się ani podrobić, ani zlekceważyć.
Ubolewam tylko nad tym, że nie mogłam za jednym podejściem przeczytać tej powieści, tylko czytać łapiąc chwilę pomiędzy obowiązkami, co jest bardzo irytujące. 

Bardzo chciałabym poznać współczesnego pisarza, który w podobny sposób radzi sobie ze słowem i fabułą, jak AH. Polecenia mile widziane.

Wyd. REBIS

Naznaczeni na zawsze – Emelie Schepp

Emelie Schepp (rocznik ’79) szwedzka pisarka i dziennikarka. Pracuje w branży reklamowej, napisała kilka scenariuszy do filmów, a swoją pierwszą powieść kryminalną „Naznaczeni na zawsze” wydała własnym staraniem. Debiut szybko stał się bestsellerem (sprzedaż  ponad 100 000 egzemplarzy!), Prywatnie mężatka i matka dwójki dzieci. Optymistka, łatwo się wzrusza i podobno słabo piecze (jak ja) 🙂

okładkowo
Jak sprawy zatajone w dzieciństwie mogą rzutować na dorosłe życie? Jakie konsekwencje niosą za sobą decyzje podjęte przez rodziców przed narodzeniem dziecka?
Pewnego letniego dnia roku 1991, dziewięcioletnia Jana Berzelius budzi się w szpitalu. Nie jest w stanie przypomnieć sobie kim jest, ani skąd pochodzi. Kilkanaście lat później, jako ceniona i rozpoznawalna prokuratorka, podejmuje się prowadzenia śledztwa dotyczącego morderstwa szefa imigracyjnego Hansa Juhlena. Sprawa nabiera tempa, kiedy odnalezione zostaje kolejne ciało, tym razem małego chłopca, którego odciski palców pasują do tych znalezionych na pierwszym ciele. Uwagę młodej prokurator przykuwa jednak znamię na szyi chłopca. Jest niemal pewna, że widziała je już wcześniej…

Coś jest w tej jesieni, że częściej niż w innych porach roku sięgamy po thrillery. Ja też nie jestem wyjątkiem 🙂 W „Naznaczeni na zawsze” mamy świetny klimat i rzetelnie wykreowanych bohaterów. Książkę od początku czyta się bardzo dobrze, bez potrzeby „wgryzania się”, bo absorbuje czytelnika już od pierwszych akapitów. 

„Naznaczeni …” jest pierwszy tom kryminalnego cyklu z prokurator Janą Berzelius. Intryga w tej powieści jest na pewno dość zagmatwana ale doskonale trzymająca w napięciu (porusza m.in temat nielegalnej emigracji). Nie jest łatwo czytać o nadużyciach w ogóle, a już zwłaszcza wobec dzieci czy kobiet.

Do tego sama śledcza nie jest tylko policjantką, to też kobieta taka sama jak wiele z nas ze swoimi „codziennościami” – przez to wydaje się nam bardziej prawdziwa.

Ciekawe, błyskotliwe dialogi dopełniają całość. Jak na pierwszą część cyklu, to moim zdaniem bardzo dobrze wypadło.  

Wyd. Sonia Draga

Zagraj mi na drogę – Iva Procházková

Iva Procházková (ur. 1953) czeska pisarka – córka pisarza Jana Prochazka. Jest autorka głównie literatury dziecięcej, zajmuje się też dramatem. Wydawnictwo Afera wydało jej autorstwa cykl o śledczym Holinie: „Mężczyzna na dnie”, „Roznegliżowane” oraz najnowszą (trzecią już odsłonę jego przygód) pt. „Zagraj mi na drogę”.

okładkowo
Ciepły majowy poranek, niebawem całe miasto rozbrzmi tysiącem dźwięków festiwalu Praska Wiosna. Najważniejsze w Czechach święto muzyki poważnej ma jednak tragiczny przedtakt: w budynku filharmonii zostaje znalezione ciało Olgi Brandejsovej, klarnecistki o międzynarodowej sławie.
Kolejne śledztwo Mariána Holiny od początku źle się układa, w dodatku podinspektora zaczyna zawodzić słynna intuicja. Energiczna kapitan Šotolová ma zakaz przesłuchiwania świadków, pozostaje więc wsparcie Diviša Mrštíka, obżartucha coraz lepszego w policyjnym fachu, oraz Rosti Bora, który ma wiele zalet i jedną zasadniczą wadę – jest mężem Sabiny. A Holina planował z nią wspólne życie…

W myśl zasady „śpiesz się powoli” tak postępuje akcja w tej części holinowego cyklu. Akcja narasta dość powoli w takt namiętności i muzyki poważnej.  Procházková ma tę (świetną) umiejętność drobiazgowego wręcz kreowania swoich bohaterów, a każdy z nich z wnętrzem mrocznym bardziej niż niejedne zakamarki przedmieść. 

Niestety ja należę do osób „anty utalentowanych” muzycznie, więc z tym większą ciekawością czytałam o tym środowisku. Do tego autorka, sprowadzała mnie co chwila na manowce w swojej prozie, tu nie dało się niczego przewidzieć, czy rozwiązać (zanim sama nam na to nie pozwoliła). Ale w tym tkwi największa zabawa jak dla mnie.
Czeskie krymi od zawsze były specyficzne niby zbrodnia, ale nie taka krwawa, niby kryminał, ale nie taki do końca „kryminalny”.
Ta Książa tylko potwierdziła moją opinię na temat czeskiej literatury – po prostu genialnej.

Pomimo, że „Zagraj mi na drogę” to przede wszystkim dobra rozrywka, którą polecam na jesienne wieczory, to warto się także zastanowić co takim muzykom w mrocznej duszy gra… 🙂

Wyd. AFERA



Tylko nie Podlasie – Sylwia Skuza

Sylwia Skuza to mazowszanko/kresowianka z pochodzenia, a prywatnie wielka miłośniczka Mazur i Podlasia… Z wykształcenia językoznawca. „Tylko nie Mazury” były jej debiutem literackim, a teraz w moje ręce trafiła kontynuacja perypetii (różnej maści) dzielnego Groma pt. „Tylko nie Podlasie”. 

okładkowo
Pomimo, że akcja powieści rozpoczyna się w Wenecji, to jej sercem jest tytułowe Podlasie. Nie oznacza to jednak, że komisarz Gromosław Sidorowicz porzucił ukochane Mazury.
Testament dziadka, zagadkowo złożony u podlaskiego notariusza, nakłada na Groma obowiązek wypełnienia jego ostatniej woli – odnalezienia śladów po zaginionych w 1946 roku mężczyznach z okolic Dubicz Cerkiewnych.

Równolegle z tymi poszukiwaniami Sidorowicz podejmie się pomocy w ustaleniu losów prawosławnego duchownego, który niespodziewanie zniknął z parafii z dużą sumą pieniędzy.
Chęć niesienia pomocy wplącze policjanta nie tylko w szereg zagadkowych zabójstw i wyczerpującą podróż po podlaskich drogach, ale też pogmatwa działania polskich i watykańskich służb specjalnych.

Grom, podobnie jak podążająca za nim udręczona kryzysem wieku dojrzałego matka, nie spotka na Podlasiu szeptuch, ale odnajdzie – dosłownie i przenośnie – znacznie więcej niż by się spodziewał.

„Czekała, czekała i się doczekała…” – jakby to powiedziała babka z Podlasia. A na co czekała? Ano, na kolejną książkę Sylwii Skuzy. Widać, że autorka obrała ciekawy kierunek fabularny (i to za pomocą jednego bohatera), bo już obskoczyła drugi region ściany wschodniej naszego pięknego kraju 🙂

Ale na poważnie. Sama jako Podlasianka (Podlasie południowe, na pograniczu z Mazowszem), byłam bardzo ciekawa tej książki) nie żeby sie tam czepiać, ale zobaczyć jak jej poszło.
„Poszło czołgiem na pograniczu…”, bardzo realistycznie, do rzeczy i mega skrupulatnie, ale w tym najlepszym znaczeniu. Wydawało mi się, że skoro z stamtąd pochodzę, to wszystko już tam widziałam i wiem, a tu guzik.
Już podczas lektury notowałam sobie różne sprawy i miejsca, które jeszcze musze „obadać” lub obejrzeć. 

Autorka oprócz znanych, mniej lub bardziej lubianych bohaterów przedstawiła nam nowych (równie ciekawych) zwłaszcza jeden Włoch dobrze tutaj wypadł (aż się prosi o jego historię w osobnej książce.
Pięknie i z czułością oddane wszelkie okoliczności przyrody, wierzeń, obrzędów itd. 

Nie można też odmówić książce aktualności (covidowej), bo akcja dzieje w realiach pandemicznych, które dotykają niektórych bohaterów. Dobrze pokazane realia tego czasu na tle całej podlaskiej społeczności.

Całość mogłaby być większa objętościowo, wątki jeszcze bardziej rozwinięte, ale wtedy to musiałaby powstać co najmniej trylogia, bo kochani Podlasie jest tak bogatym i niezmierzonych (nie tylko pisarsko regionem), że niespełna 400 stron…to za mało.

Polecam. Do poznania pióra autorki, jak i samego regionu.

Wyd. MG 

Harjunpää i dręczyciel kobiet – Matti Yrjänä Joensuu

Matti Yrjänä Joensuu (1948-2011) był policjant i autorem kryminałów.
Był laureatem wielu nagród literackich, m.in. Valtion kirjallisuuspalkinto w 1982 roku, czy szwedzkiej Nagrody im. Martina Becka (1987).
Zasłynął serią książek o przygodach policjanta Timo Harjunpy. Niektóre tomy zekranizowano, przeniesiono na deski teatru czy jako słuchowiska. Po „Harjunpaa i kapłan zła” (Kojro, 2005) czas na „Harjunpaa i dręczyciel kobiet” a kolejna (jeszcze w czytaniu przeze mnie) ma tytuł  „Harjunpaa i syn policjanta”.

okładkowo
Już od początku zapowiadały się kłopoty: w biurze czekały na niego dwa popołudniowe zgony, których nie mógł załatwić wcześniej, i nawet nie zdążył z Volanenem wrócić z wydziału, gdy na brzegu Vattunokki znaleziono topielca – sądząc po stopniu rozkładu znajdował się w morzu co najmniej dwa miesiące, zapewne przez całe lato. Zaraz potem doszła sprawa kobiety, która otruła się lekami. A do tego jeszcze te dwa trupy w różnych częściach miasta. Volanen skręcił z piskiem opon na Itavayla. Harjunpaa popatrzył na niego z ukosa i poczuł, jakby się ocknął, zaczął go rozumiem dopiero teraz.

Tacy zmęczeni życiem bohaterowie w stylu „noir”, to jest coś co lubię od lat zarówno w literaturze jak i filmie. Są oni bardziej „ludzcy”, niemal tacy sami jak my ze swoimi wadami czy słabościami. Taki śledczy, któremu nie tylko bandziory ale i los często rzuca kłody pod nogi budzą naszą sympatię. I jak to bywa w przypadku piszących byłych policjantów, autor doskonale wie o czym pisze. 

Oczywiście jeśli książka z kręgu skandynawskiego, to nie mogło zabraknąć tematów (dygresji) społeczno-obyczajowych, które muszą być poruszone. To dobrze, bo takie zabiegi literackie czynią książkę po prostu ciekawszą. Kolejny plus za sporo dla nas czytających do rozmyślań i pod rozwagę, czyli płaszczyzna dydaktyczna też jest.

Jak na kryminał, mogłaby być obszerniejsza, bo skończyła się zbyt szybko… ale za to będą następne, mam nadzieję, że wydawnictwo zaprezentuje nam kolejne już niebawem.

Wyd. Kojro