Zielone światła – Matthew McConaughey

Matthew Mcconaughey to nie tylko amerykański aktor, reżyser, scenarzysta oraz producent filmowy i zwycięzca Academy Awards. To przede wszystkim mąż, ojciec trójki dzieci, syn i brat. Samozwańczo mianował się gawędziarzem. Lubi ciężko fizycznie popracować ale stawia też pierwsze kroki w byciu dyrygentem. „Zielone światła” to jego autobiografia, choć opisana w sposób nietypowy opisane.

okładkowo
Nagrodzony Oscarem aktor z chwilami szokującą szczerością mówi o sobie i pełnym zwrotów akcji życiu. Opowiada o przemocy w dzieciństwie, barwnej rodzinie, wychowaniu w głębokim Teksasie, pierwszych rolach filmowych i mozolnym pięciu się na szczyt kariery. Życie porwało go ze Stanów do Australii, gdzie spędził rok w bardzo dziwnym domu, do Mali, gdzie w wiosce Dogonów musiał zmierzyć się z zapaśniczym czempionem, i do Peru, gdzie pływał w Amazonce. W czasie tych podróży wiele przeżył i jeszcze więcej pojął. W Zielonych światłach dzieli się więc mądrością i uczy, jak czerpać z życia więcej satysfakcji. Te autentyczne i zaskakujące wspomnienia zachęcają do przyjrzenia się także sobie: do sięgnięcia w przeszłość, do refleksji i zadumy, a także do wyjścia na zewnątrz – przeżycia przygody, podejmowania ryzyka i szukania marzeń. Do wyruszenia w drogę, która pomoże nam zrozumieć siebie i to, co nas otacza.

Bez wątpienia ten aktor to człowiek renesansu i nietuzinkowy artysta. Jego autobiografia „Zielone światła” jest niezwykła, duchowa wręcz mistyczna (tak też o niej inni recenzenci pisali). A poza tym aktora podziwiam, uwielbiając go od lat. Tak zupełnie szczerze, to nie podejrzewałam MM ani o powagę w życiu prywatnym, ani o tak głębokie do tego życia podejście, choć elokwencji i swady nie sposób autorowi odmówić. Zmyliły mnie pewnie, te wszystkie komedie z jego udziałem 🙂

Wracając do książki, napisana niezwykle oryginalnie, bez póz i zadęcia. Tu na pierwszym miejscu postawiono prostotę, pokorę i wiarę w to że wszystko zależy od nas, niejednokrotnie od dosłownej ciężkiej fizycznej pracy naszych własnych rąk, aż do przysłowiowych siódmych potów.
Wersja papierowa jest po prostu śliczna, tyle w niej zieloności, różnych rodzajów pisma nawet odręcznego, zdjęć… itp, itd.
Nie wiem, czy on jeszcze będzie pisał, mam nadzieję, że tak, bo już czekam niecierpliwie. 

Zachęcam i zapewniam, ze nudą tu nie powieje na żadnej ze stron.


Wyd. Marginesy 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *