Non stop – Brian Aldiss

Brian W. Aldiss jest autorem blisko 80 książek i ponad 300 opowiadań. W latach 1943/1947 służył w armii brytyjskiej na Dalekim Wschodzie. Po powrocie do kraju pracował jako księgarz w Oksfordzie. Był też redaktorem literackim, pisał recenzje filmowe i poezję. Jednak sławę przyniosła mu pierwsza powieść SF „Non stop”, od razu zaliczona do klasyki gatunku. Otrzymał nagrody Hugo, Nebula, Nagrodę Locusa i Nagrodę im. Campbella, a za zasługi dla literatury – Order Imperium Brytyjskiego.


Plemię Roya Complaina żyje w Pokładach porośniętych wybujałą i dziką roślinnością, walcząc o przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Wrogami są inne plemiona ludzi, flora i fauna. Istnieją też dalsze zagrożenia – mityczni Ludzie z Dziobu, legendarni Giganci czy przerażający Obcy. Inną legendą jest ta, że wszystkie Pokłady są zamknięte w pojemniku zwanym statkiem, który przemierza pustkę od jednego świata do drugiego. Complain nie wie, które z opowieści starszyzny są prawdziwe, ale w trakcie swojej samotnej odysei przekona się, że prawda jest jeszcze bardziej przerażająca.

W zasadzie czytam książki z wszystkich gatunków literackich, to z SF nie było mi za bardzo po drodze (choć filmy z tego gatunku uwielbiam). Postanowiłam więc wziąć SF za rogi i zacząć od klasyki gatunku, wypadło na „Non stop”, książkę o której słyszałam już ponad dwadzieścia lat temu, a została napisana ponad sześć dekad wcześniej.

Po trudnym początku, czyli przestawieniu się na ten rodzaj literatury, oraz styl pisania sprzed kilku ładnych dekad (to się lekko wyczuwa) dalej już poszło gładko, a ciekawość rosła ze strony na stronę. Mamy świetne połączenie rozrywkowego SF z moralitetem. Jawi nam się więc książka o co najmniej kilku warstwach… Specyficzny klimat, oszczędność środków i nowinek technicznych; doskonale sprawdza się w tym wypadku zasada „mniej znaczy więcej”. Czyta się bardzo dobrze i nie zapominajmy, że był to debiut autora (tylko zazdrościć wyobraźni tak bujnej jak gąszcze poników na statku.

Polecam bardzo, bardzo.

 

Wyd. REBIS 

Wypędzenie Gerty Schnirch – Kateřina Tučková

Czeska pisarka i kuratorka wystaw, absolwentka historii sztuki i bohemistyki. Zadebiutowała szeroko nagradzaną powieścią „Wypędzenie Gerty Schnirch” w 2009, w której porusza temat wysiedlenia z kraju brnieńskich Niemców. Jej druga powieść, „Boginie z Žítkovej” z 2012 również zdobyła wiele wyróżnień (m.in. Nagrodę Josefa Škvoreckiego, tytuł Czeski Bestseller 2012, Nagrodę Czytelników – Magnesia Litera, Nagrodę Czytelników – Česká Kniha). Pisarka w unikalny sposób łączy w sobie cechy zagrzebanej w dokumentach skrupulatnej badaczki dziejów i kreatorki barwnych postaci, których czasem prawdziwe, czasem zmyślone, ale zawsze fascynujące losy wplata w autentyczne karty historii Czech i Moraw.

okładkowo
Brno, noc z 30 na 31 maja 1945. Gerta Schnirch wraz z kilkumiesięczną córką zostaje – jak niemal wszyscy brneńscy Niemcy – wypędzona z miasta. Wyczerpujący pochód, naznaczony aktami przemocy i gwałtu wobec deportowanych, nazwany później marszem śmierci, kończy się pod granicą z Austrią. Z obozu tymczasowego, gdzie szerzy się epidemia czerwonki i tyfusu, Gerta zostaje skierowana do robót na morawskiej wsi; udaje jej się ocalić życie swoje i córki. Po roku 1950 Gerta wraca do zupełnie odmienionego Brna, w którym nikt nie czeka na „parszywą Niemkę”, do miasta, którego mimo wszystko nie potrafi opuścić. Tam historia rzuca ją w wir kolejnych burzliwych zmian.

Po brawurowych Boginiach… w tej książce autorka znów pokazuje swój niezwykły kunszt pisarski i ogromną wrażliwość, choć tematyka jest zupełnie inna. 

Odpowiedzialność za czyny naszych przodków, czy krajan tzw. odpowiedzialność zbiorowa nie jest sprawą łatwą. A źle rozumiana potrafi narobić wiele szkód.  O tym szeroko mamy właśnie w tej książce, poważnej, zamyślonej… smutnej, ale przez to bardzo, bardzo wartej uwagi.

Jest boleśnie o wojnie z punktu widzenia osób które nie walczą, jest o pozbawieniu domu, ojczyzny, o okrucieństwie i bestialstwie. Mamy to szeroki pogląd na zło jakim jest wojna i jego następstwa…

Dla wszystkich myślących, wrażliwców… koniecznie, choć tak naprawdę taka historię powinien poznać każdy. 

Wyd. AFERA


Bez parabenów. Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę – Beatrice Mautino

Beatrice Mautino jest włoskim biotechnologiem, ekspertką w branży chemii kosmetycznej, gdzie rozprawia się z wszechobecnymi w niej oszustwami, mitami na temat pielęgnacji.

okładkowo
Czy cellulit naprawdę jest chorobą, którą musimy zwalczać tysiącami kremów, masaży i zabiegów?
Czy istnieje różnica między setkami oferowanych przez sklepy szamponów, których producenci obiecują inny rodzaj cudu?
Czy produkty oznakowane jako „nietestowane na zwierzętach ” rzeczywiście takie są?
Czy „paraben free” znaczy „w 100% naturalny”?
Czy włos naprawdę „oddycha” i czy możemy mu w tym pomóc za pomocą kosmetyków?
Czy jedzenie kolagenu poprawi kondycję naszej skóry?
Czy kosmetyki anti-age to skuteczny sposób na zmarszczki?
Świetny zdroworozsądkowy, poparty badaniami naukowymi i demaskujący nieuczciwe praktyki marketingowe poradnik na temat kosmetyków oraz pielęgnacji, który powinna przeczytać każda świadoma konsumentka!

Całość podzielono na dwie części. I część dotyczy składników w kosmetykach, badań nad nimi oraz ich reklamie. Znajdziemy tu info o parabenach, czy konserwantach, testowaniu kosmetyków, no i o strategiach reklamowych w tym o różnych „sztuczkach” marketingowych.

Autorka rzetelnie wszelkie informacje popiera dowodami, badaniami itp. Jest to zarówno ciekawe, jak i momentami przerażające. 

II część traktuje o kosmetykach do konkretnej części ciała. Porusza tu problem włosów, cery, cellulitu czy zmarszczek. Mautino ukazuje też pokrótce historię rozwoju kosmetyki.

Po przeczytaniu tej książki jedno co pewne, to na pewno warto o tym wszystkim co znajduje się w naszych codziennych (i niecodziennych) kosmetykach wiedzieć. No i może zwrócić się trochę w stronę kosmetyki naturalnej – czyli domowej. Ale to już pozostaje do naszej decyzji. 


Wyd. Literackie



Miasto dziewcząt – Elizabeth Gilbert

Elizabeth Gilbert jest autorką m.in. powieści Stern Men i The Last American Man (w finale National Book Award). Pracowała jako dziennikarka w „GQ”, jej artykuły uzyskały trzy nominacje do National Magazine Award. Slawę przyniosła jej książka (wydana także u nas) pt. „jedz,módl się, kochaj”, natomiast jej najnowsza powieść nosi tytuł „Miasto dziewcząt”

okładkowo
Wcale nie trzeba być grzeczną dziewczynką, by stać się dobrym człowiekiem czyli opowieść o seksie i urokach życia w Nowym Jorku. W 1940 roku, 19-letnia Vivian Morris zostaje wyrzucona z prestiżowego Vassar College z powodu miernych osiągnięć na pierwszym roku. Zamożni rodzice wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie ma zamieszkać u ciotki Peg, właścicielki podupadłego teatru rewiowego. Vivian poznaje tylko liczne grono barwnych, charyzmatycznych postaci: frywolne tancerki, seksownych amantów, artystki szekspirowskich scen, autorów tandetnych dramatów kryminalnych, inspicjentów i reżyserów. Gdy jednak popełnia błąd, w wyniku którego wybucha skandal w środowisku, cały jej nowy świat staje na głowie, ale choć nie od razu pojmie w pełni, co się stało, to jednak dzięki temu doświadczeniu zrozumie, czego pragnie i jak to osiągnąć. I przede wszystkim znajdzie miłość swojego życia. Vivian wspomina te wydarzenia, które doprowadziły do wielkiego przełomu w jej życiu z perspektywy przeżytych 89 lat. Miasto dziewcząt to romans niepodobnych do innych, oparty na głębokiej wiedzy o tym, czym są namiętności i na czym polegają więzi między kobietą i mężczyzną.

Jestem umiarkowaną fanka jej książek co prawda ale lubię jej styl. Elizabeth Gilbert ma coś w sobie (w swoim pisarstwie, co przyciąga do każdej kolejnej książki). Tak było i tym razem, tytuł ciekawy, akcja dzieje się w jednej z moich ulubionych epok, czyli w pierwszej połowie XX w. Świetnie skonstruowana główna bohaterka. No nie mam się do czego zbytnio przyczepić, nawet gdybym chciała 🙂 I ten klimat, tej dekadencji Nowojorskiej z II wojną światową gdzieś za oceanem w tle…

Jest ironia, humor, ale i zaduma, zatrzymanie się pomiędzy „głupstwami popełnianymi z entuzjazmem”.
Książka dość odważna i przełamująca sporo stereotypów zwłaszcza dotyczących tamtych lat. 

Bardzo dobra powieść na jesień, rozgrzej nas od środka to pewne 🙂 

Wyd. REBIS



Teoria opanowywania trwogi – Tomasz Organek

Tomasza Organka, chyba nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać, więc króciutko. Ten Urodzony w 1979 roku muzyk i kompozytor, jest laureatem wielu nagród muzycznych oraz zdobywcą dwóch platynowych płyt, a niedawno ukazała się jego książka pt. „Teoria opanowywania trwogi”.

okładkowo
Borys ma 39 lat i od dawna tkwi w poczuciu bezsensu i stagnacji. Właśnie stracił pracę, na której nigdy mu nie zależało. Zupełnie przypadkiem spotyka Anetę – swoją największą, nigdy nie spełnioną miłość, którą nie bez powodu nazywał zawsze „Nieta”. Spotkanie doprowadzi do wspólnej podróży – ta może okazać się ucieczką – od poczucia beznadziei, monotonii życia, od pracy, która ich nuży, nieudanych związków i, w końcu, od samotności. Wyprawa niespodziewanie przeistacza się w kryminalną intrygę, rozgrywającą się gdzieś na peryferiach cywilizacji. (…) powieść pokoleniowa opisująca ważny etap przemiany duchowej dzisiejszych trzydziestokilku- i czterdziestolatków, którzy jako ostatni dojrzewali w dawnym ustroju, chodzili spotykać się przy trzepaku i pamiętają jeszcze dwa analogowe programy w telewizji. Teraz gwałtownie muszą poradzić sobie w epoce Facebooka, Instagrama … Jego bohaterowie żyją z dnia na dzień w poczuciu, że marnują swoje życie, nie mają pomysłu na to, co dalej ani motywacji by cokolwiek zmienić.

Organek, jako muzyk świetny (i pochodzi z bliskich mi stron) obejrzany przeze mnie w programie o książkach, wzbudził ogromne zainteresowanie w materii literackiej, co zaowocowało przeczytaniem jego powieści. I książka zadziwiła pozytywnie, choć w sumie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, po piszącym muzyku. Autor językowo wyrabia, bo książkę czyta się płynnie i szybko.

Jest kryminalnie i obyczajowo z przytupem, jest specyficzny humor. Drugi plan w powieści sprawdza się świetnie (bohaterowie). Ten „kociołek”  filozoficzno – liryczny powoduje lekki galimatias momentami, ale do przeżycia, a tym bardziej do przeczytania. Jak na debiut to przez duże B.  Czekam na kolejne książki Tomasz O. 

Wyd. WAB


Dziewczyna pląsająca w jednym pantofelku – Krystyna Habrat

Krystyna Habrat mieszkanka Katowic ukończyła psychologię na UJ i by potem pracować w zawodzie. Od zawsze namiętnie czytała literaturę piękną, co w efekcie zaowocowało kilkoma już wydanymi książkami. Publikowała opowiadania w różnych czasopismach literackich. Miałam przyjemność przeczytać jedną z jej książek pt. „Dziewczyna pląsająca w jednym pantofelku”.
Autorka o sobie mówi:
„Lubię słuchać opowieści o naszej burzliwej historii i o ludziach. Zawsze zawisa nad tym pytanie: czemu oni tak sobie dokuczają, nie potrafią zrozumieć? Przecież wielu jest dobrych, a świat piękny. Wszyscy kochają, cierpią, marzą, by być kimś wspaniałym. A ktoś chce nawet napisać powieść. Już, jako psycholog, zaczęłam o tym pisać. I o pisaniu powieści. I o ludziach zwykłych. Z wielkich miast i miejsc dalekich, gdzie raz spadł grad większy od jabłka, a nikt nie dowierza”.

okładkowo
Dziewczyna pląsająca w jednym pantofelku” to zbiór opowiadań psychologicznych, od 2 stron po ok. 80. Przedostatnie to już minipowieść dotykająca problemu samotności. Są to opowieści o drobnych, ludzkich przeżyciach: radościach, smutkach, lękach i pułapkach czyhających w codzienności; o trudach życia między ludźmi, zmaganiu się z własnymi słabościami i opinią innych, ale też o miłości i radości życia. To niesamowicie mądre, życiowe historie, które czyta się jednym tchem. Każdy z nas może w nich odnaleźć cząstkę siebie, zamyślić się, porównać, wyciągnąć wnioski.
Większość opowiadań publikowana była w czasopismach papierowych m.in.: Zwierciadło, Migotania, Tygiel oraz internetowych: Pisarze.pl, Cegła, PKPzin, NWL itd., z którymi Krystyna Habrat współpracowała czy nadal współpracuje.


Lubię opowiadania, zawsze lubiłam, są one dla mnie jak odrębne inkluzy w całości książki. Każde z zawartych w tym zbiorze zwracało uwagę naciskiem na inne sprawy, dające sporo do refleksji i rozmyślań.

Znajdziemy tu wiele o sile słowa, o życzliwości dla drugiego człowieka, o motywacji, czy poszukiwaniu własnej drogi, o przemijaniu a przede wszystkim o probie zachowania równowagi we wszystkim co robimy stojąc w tytułowym „jednym pantofelku”.

Jawią nam się tu jakby nie było prawdy uniwersalne, lecz zgrabnie ujęte w prozę. A ostatnie opowiadanie… ech… to trzeba przeczytać samemu.
Warto zatrzymać się w przenośni i dosłownie nad każdym z nich. 
Autorka jest wnikliwą obserwatorką, co przełożone na piękny język literacki daje niesamowity efekt. 

Nie umiem wskazać opowiadania, które podobało mi się najbardziej, po prostu każde z nich świetnie wkomponowuje się w całość. 

Wyd. Literackie Białe Pióro

Siostra Śmierć – Daniel Petr

Daniel Petr – Czech (rocznik 1975), studiował bohemistykę i historię Zadebiutował w 2005 książką „Příběh z České mládeže”, a jego trzecia książka „Straka na šibenici” (2015) otrzymała nominacje do nagród Magnesia Litera oraz Nagrody Josefa Škvoreckiego. W 2018 postanowił spróbować swoich sił w kryminale, tak powstała „Siostra śmierć”, którą nazwano „kryminałem skandynawskim z północny Czech“. Pisarz na co dzień pracuje w branży stomatologicznej i mieszka w Pradze. 

okładkowo
Utalentowany śledczy z Uścia nad Łabą, Václav Rákos przyjeżdża do szpitala w Rumburku. Podejrzewa, że zmarła w wyniku zatrucia alkoholem metylowym pacjentka została zamordowana. Dwa lata wcześniej doszło tam do sześciu innych tajemniczych zgonów. Czy te sprawy się łączą?
Niedługo potem ginie pracownik pobliskiego parku narodowego. Wszystkie dowody wskazują na Miloša Bieleja, zbrodniarza wojennego z byłej Jugosławii. Problem w tym, że zbiegły kiedyś do Czech Bielej od dekady nie żyje. (…) Powieść była częściowo inspirowana autentyczną sprawą pielęgniarki z Rumburka, której nadano przydomek „Siostra Śmierć”.

Jak na debiut literacki (protetyka – jeśli nic nie pomyliłam) wyszło bardzo dobrze. Jest wciągająca akcja, świetny i piękny klimat Czeskiej Szwajcarii zimą oraz charakterystyczny styl całości – lekko zgryźliwy ze specyficznym ciut ironicznym poczuciem humoru piszącego. Owszem można się było zaplatać w mnogości wątków, ale i z tym da radę.
Sprawa kryminalna, którą próbujemy rozwikłać wraz ze śledczym ciekawa – więc czegóż chcieć więcej…
Jak to się mówi po prostu dobre, czeskie krymi.

Mocno kibicuję pisarzowi  i już czekam na jego kolejne książki. 

Wyd. AFERA

Kwiaty nad piekłem – Ilaria Tuti

Ilaria Tuti w dzieciństwie marzyła, żeby zostać fotografem, później skończyła ekonomię. Kocha morze, a mieszka w górach. Jej zamiłowaniem jest malarstwo, w wolnym czasie pracowała jako ilustratorka w wydawnictwie. Lubi powieści Donata Carrisiego. Na naszym rynku pojawił się niedawno I część cyklu o komisarz Teresie Battaglii pt „Kwiaty nad piekłem”.

okładkowo
W niewielkim włoskim miasteczku u stóp Alp turysta dokonuje makabrycznego odkrycia. Na leśnej polanie leży nagie ciało mężczyzny z wyłupionymi oczami. Na miejsce przybywa komisarz Teresa Battaglia, doświadczona profilerka, której ciało i mózg zaczynają odmawiać posłuszeństwa, oraz inspektor Massimo Marini, nowy w zespole. Oboje są zdeterminowani, by rozwikłać zagadkę morderstwa zdającego się nie mieć logicznego wyjaśnienia, lecz miejscowi nie chcą współpracować ze śledczymi. Szef lokalnej policji, Knauss, nie przyjmuje do wiadomości, że mordercą musi być ktoś z miasteczka – taki skandal z pewnością zaszkodziłby wizerunkowi kurortu, który utrzymuje się tylko dzięki turystom…
Wkrótce okolicą wstrząsa seria brutalnych napaści. Battaglia jest pewna, że wszystkie ofiary coś ze sobą łączy, lecz w tej układance brakuje zdecydowanie zbyt wielu elementów. By poskładać je w całość, będzie musiała stawić czoła także własnym słabościom i chorobie, która drąży jej umysł. (…) to nie tylko budzący dreszcze thriller, lecz także poruszająca historia osoby bezradnej w obliczu starzejącego się organizmu, który zawodzi w najmniej odpowiednich chwilach.


Kryminały i Thrillery wracają do mnie zawsze bliżej jesieni, nie wiem czy to taki mroczniejszy czas, że więcej ich czytam, i ten sezon kocykowo- czytaniowo-jesienny zaczęłam właśnie książką „Kwiaty nad piekłem”, która mocno wyróżnia się na tle innych tego typu powieści. 

Mamy tutaj bardzo dobrze przedstawiony (hermetyczny) wręcz duszny klimat pogranicza  włosko – austriackiego. Miejsce w którym wiadomo, że im nudniej i poprawniej na powierzchni, tym mroczniej i najbardziej mętnie pod nią… 

Komisarz Teresa Battaglia – zaskakuje, swoją osobowością, przenikliwością i… ułomnościami, pomimo których a może i dzięki którym potrafi rozwiązać wiele zagadek, by śledztwo doprowadzić do końca. Jest na prawdę wyjątkowa i sporo się o niej dowiadujemy, choć nie do końca wprost (między wierszami wrzucone informacje dają do myślenia).
Dla przeciwwagi naszej bohaterki jest jeszcze ów młody, gniewny inspektor Marini, z którym ścierają się niby dwa otoczaki w rwącym, górskim potoku – plus mocny za taki duet.

Całość czyta się szybko i sprawnie. Polecam.

Wyd. Sonia Draga

Nasze miejsce – Sonja Yoerg

Sonja Yoerg opublikowała jak dotąd cztery powieści, jej najnowsza (a pierwsza na naszym rynku) nosi tytuł „Prawdziwe miejsce”- została bestsellerem Washington Post i Amazon Charts. W lutym 2020 roku ukaże się jej piąta książka, którą mam nadzieję u nas także wydadzą.
Autorka kiedy nie pisze, ani nie nie udaje, że pisze – biega, uprawia ogródek, gotuje, je, pije wino, a potem biega dalej. Mieszka wraz z mężem w środkowej Wirginii z widokiem na Blue Ridge Mountains.

okładkowo
„Czasami potrzeba osoby nieznajomej, żeby ci pokazała to, co powinno być oczywiste, jak daleko odpłynęłaś od tego, kim chcesz być, od tego, co jest dla ciebie dobre, od tego, co jest prawdziwie twoje.”
Suzanne wiedzie na pozór idealne życie, ma wielu przyjaciół, piękny dom, kochającego męża i dzieci. Ale pod płaszczykiem codziennych sukcesów kryją się niezadowolenie i wciąż narastające konflikty, które nieuchronnie prowadzą rodzinę Blakmore ku upadkowi. Wszystko zmienia się, gdy Suzanne natrafia na wychudzoną i chorą nastolatkę, która pilnie potrzebuje jej pomocy. Kobieta jeszcze nie wie, jak to spotkanie odmieni jej los.

Eteryczna i nieobyta ze współczesnym światem Iris przeraża ją i fascynuje jednocześnie. Wychowana poza cywilizacją i jej nierzadko tłamszącymi zasadami, pokazuje Blakmore’om na czym polega życie w jego surowej i czystej formie.

Książka wydawałoby się jakich wiele, a jednak powieść od początku urzeka i wciąga, wzrusza i daje nadzieję.  
Dopracowana w najmniejszych szczegółach idealnie przemyślana: każde słowo, każdy dialog. Posiada specyficzny (świetny) klimat. Wszystko w niej miało swoje miejsce i właściwy moment, ani przez chwile się nie nudziłam. 

Pojawienie się „małej” Iris zachwiało w podstawach nie tylko wśród bohaterów książki, ale i dało do myślenia mnie samej… na temat m.in materializmu (naszych prawdziwych potrzeb w tej mierze) ale i na temat rodziny, czy realizacji własnych pragnień w kwestii samorozwoju i nie tylko.      

Powieść czyta się łatwo (szybko) tylko z pozoru, bo jest świetnie napisana, ale to bardzo głęboka i mądra rzecz, posiadająca momentami drugi i kolejne ukryte przekazy.

„Nasze miejsce” ma poczesne miejsce w moim sercu – to pewne.

Wyd.  Burda Książki

Dzikie serce – Jamey Bradbury

Jamey Bradbury zadebiutowała „Dzikim sercem”, które szturmem wdarło się do świata literackiego, a same prawa do książki kupiły wydawnictwa m.in. z Francji, Węgier i Włoch. Jej utwory publikował „Black Warrior Review” autorka zdobyła Estelle Campbell Memorial Award, przyznawaną przez National Society of Arts and Letters. Mieszka w Anchorage na Alasce.

okładkowo
Nastoletnia Tracy, wychowana w dzikich ostępach Alaski, spędza całe dnie na tropieniu zwierząt i powożeniu psim zaprzęgiem w lasach otaczających jej rodzinny dom. Chociaż czuje się bezpieczna w tej dziewiczej krainie, zawsze przestrzega zasad, których nauczyła ją matka, zanim zginęła:
Nigdy nie trać domu z oczu.
Nigdy nie wracaj do domu z brudnymi rękami.
A przede wszystkim: Nigdy nie rań innych ludzi do krwi.
Pewnego dnia ktoś atakuje Tracy w lesie. Dziewczyna nie pamięta dokładnie, co się stało, ma jednak wrażenie, że zanim straciła przytomność, zraniła go nożem. Do krwi. Ale nie ma czasu się nad tym zastanawiać, jest zajęta przygotowaniami do zbliżających się zawodów Iditarod. Wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Niepokojący lokator, który podstępnie wkrada się w łaski rodziny. Groźna twarz nieznajomego w tłumie. Odcisk buta na skraju lasu… Rodzina Tracy jest w tarapatach.


Entuzjastycznie podeszłam do tej książki, dzięki ciekawej okładce i opisowi na niej, później mój entuzjazm nieco przybladł, bo w pewnym momencie przestałam rozumieć co czytam. Nie mogłam się w niej odnaleźć niczym w ostępach Alaski. A trzeba było tylko się zatrzymać skupić, poobserwować w którą stronę iść – na jakie myślenie i emocje się przestawić zupełnie jak w lesie… i to pomogło.

Zaskoczyło, zmieniłam optykę i zaczęłam inaczej postrzegać książkę… całość napisana językiem oszczędnym, pełnym zagadek, niedomówień, tajemnic – trzyma w napięciu, które rośnie ze strony na stronę.
Główna bohaterka zmienia się i dojrzewa (psychicznie) na kartach tej powieści, by na koniec stać się kimś zupełnie innym. Wszystko po to, by ocalić tych których kocha i siebie… tę prawdziwą siebie, choć cena za to jest ogromna.  

Osobiście nie lubię określenia Young Adult, dla takich lektur, bo to lektura dla każdego wrażliwego czytelnika, bez względu na wiek i płeć.
Koniecznie.

Wyd. Marginesy