Niemożliwe życie – Matt Haig

Matt Haig urodził się w Sheffield w 1975 roku. Pisze książki zarówno dla dzieci i dorosłych w których miesza elementy świata realnego z fantastycznym, nadając im przy tym ekscentryczności i mrocznego charakteru. Jego najlepsze powieści zostały przetłumaczone na dwadzieścia osiem języków. Znane są min. „Biblioteka o północy”, czy najnowsza „Niemożliwe życie”.

okładkowo
Spokojną egzystencję emerytowanej nauczycielki matematyki Grace Winters zakłóca niespodziewany list: koleżanka z czasów młodości zostawia jej w spadku dom na śródziemnomorskiej wyspie. Ciekawość przezwycięża strach i Grace kupuje bilet w jedną stronę na Ibizę. Wśród skał i złotych plaż szuka wskazówek na temat tajemniczego losu kobiety, którą kiedyś znała. To, co odkryje, przejdzie jej najśmielsze oczekiwania. By dotrzeć do prawdy, musi jednak najpierw uporać się z demonami własnej przeszłości. Matt Haig w swojej najnowszej powieści po raz kolejny udowadnia, że ma niezwykły dar opowiadania fantastycznej historii, za którą kryje się głęboka refleksja nad kondycją ludzkości. Czasami to, co wydaje się magią, jest po prostu tą częścią życia, której jeszcze nie rozumiemy.


Matt Haig, autor bestsellerowej „Biblioteki o północy”, powraca z kolejną powieścią, łączącą realizm magiczny z głęboką refleksją nad życiem i  jego sprawami. Pisarz potrafi po mistrzowsku łączyć literaturę piękną z psychologiczną głębią i ciepłym, egzystencjalnym przesłaniem. „Niemożliwe życie” jest opowieścią o bólu (żałoby), samotności i rozpaczy — ale także o drugiej szansie  i o sensie życia, który można odnaleźć nawet tam, gdzie wydawałoby się, że nie ma już nic.  
Mamy tu zarówno elementy kryminału, realizmu magicznego jak i powieści obyczajowej. Ibiza staje się nie tylko tłem, ale też bohaterem całej tej historii – z jej naturą, historią i kulturą. 

„Niemożliwe życie” to książka, która skłania do refleksji nad życiem, stratą i możliwością zmiany. To opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć na nowo.

Wyd. Zysk i S-ka

W korzeniach wierzb – Agnieszka Kuchmister

Agnieszka Kuchmister jest absolwentką polonistyki, dziennikarstwa i PR. a także autorką blogów: Refleksje Niesymetryczne i Whole World in my Head. Propaguje prawa zwierząt, jest także pasjonatką psychologii, dobrego piwa i życia w zgodzie z naturą. Czasami bywa także ilustratorką. Debiutowała w roku 2020 zbiorem opowiadań ‚Listopad’. W swojej twórczości często nawiązuje do folkloru i słowiańskich wierzeń. Mówią o niej „Przedstawicielka słowiańskiego realizmu magicznego.”

okładkowo
Powiadają, że w korzeniach wierzb ukryty jest skarb, a strzeże go sam diabeł. Tyle że ten diabeł miewa czasem ludzką twarz…
Historia rodziny, która po II wojnie światowej ruszyła z tobołami na zachód i osiadła gdzieś pośród mrocznych lasów Dolnego Śląska. Dom na uboczu Złej Wsi zamieszkują matka, w której sny wkradają się szepczące okolice, ojciec z twarzą czerwoną od bimbru oraz ich dwie córki. Dorosła Gienia marzy o ucieczce do miasta, Lala jest skazana na dorastanie w świecie pełnym szaleństwa i nieoczywistego piękna… W Złej Wsi, gdzie las zabiera niewinnych ludzi, można dostrzec magię nawet w powietrzu, a przeszłość zaprasza do poszukiwań skarbów większych niż te ukryte w wierzbowych korzeniach. Nieśpieszna opowieść snuta wokół słowiańskich wierzeń, z elementami fantastyki i realizmu magicznego. O strachu, samotności, ale też o ciemności, którą każdy nosi w sobie.

Jako, że sama lubię literacko poruszać się w takich słowiańskich realistyczno-magicznych klimatach, więc po książkę „W korzeniach wierzb” – Agnieszki Kuchmister po prostu musiałam sięgnąć.
Powieść jest zaiste niezwykła, bardzo klimatyczna i nastrojowa. Nie ma w niej pędu, ani gorączkowości i właśnie może dlatego tak bardzo potrafiła trzymać mnie w napięciu. 
Oczywiście jest też napisana pięknym językiem (jednak poloniści to potrafią 🙂 ) niesłychanie poetyckim i wrażliwym. W tej powieści jest też oprócz oczywistego smutku, jakaś przestrzeń, tęsknota, w sumie każdy może w niej odnaleźć to czego szuka w dobrej prozie. Jest po prostu magiczna i zależy kto na nią patrzy (czyta) to widzi i odbiera to co chce, to czego właśnie w danym momencie potrzebuje.

Dodatkowo nie byłaby aż tak absorbująca bez wstawek słowiańskich wierzeń (ich kolorytu i tajemnicy) oraz elementów fantastyki.
Pierwsze „zderzenie” z prozą tej pisarki uważam, za ze wszech miar udane.
Polecam.

Wyd. Książnica

Z nieba spadły trzy jabłka –

Narine Abgaryan (rocznik 1971) pochodzi z Armenii, z rodziny lekarza i nauczycielki. Jest dyplomowanym nauczycielem rusycystą. Abgaryan jest autorką kilkunastu książek, w tym bestsellerowej trylogii o Manyunya, pracowitej i kłopotliwej jedenastolatce z małego ormiańskiego miasteczka. Natomiast dla dorosłego czytelnika napisała książkę pt. „Z nieba spadły trzy jabłka”

okładkowo
Wielokrotnie nagradzana opowieść o mieszkańcach zagubionej w górach ormiańskiej wioski. Pełen ciepła i humoru międzynarodowy bestseller o miłości i drugiej szansie. Niecodzienna i zaskakująca, nieco baśniowa historia miłosna wpleciona w sagę o stuletniej historii fikcyjnej wsi Maran – pełnej dramatycznych przejść i nieszczęśliwych zdarzeń. Dzieje wioski luźno nawiązują do tragicznej historii Ormian w XX wieku, autorka kładzie raczej nacisk na uniwersalność doświadczeń społeczności jej mieszkańców. Za to wiernie i w barwny sposób opisuje ormiański folklor, obyczaje i mentalność mieszkańców gór Armenii. Książka, która wzrusza i podnosi na duchu.


Bajarki uwielbiam i zawsze sięgam po książki, których narrator/ka potrafi mnie zachwycić. Tak też stało się w przypadku prozy Narine Abgaryen, która wprost czaruje swoją prozą. Pisze nam wprost o zwykłych, codziennych sprawach i to jak pisze… Bardzo przejmująco, obrazowo, pięknie.

Pisze, tak, że my po prostu jesteśmy tam w środku, między stronami tych historii. Mocno zżywamy się z bohaterami i światem w którym żyją w Maranu. Kibicujemy im od kołyski aż po starość, mimo, a może właśnie dlatego, że (jakże często) nie jest sielankowo, bo i wojna (z nią głód) i śmierć, czy groźna natura trzymają mieszkańców pod muszką. Czy wieje realizmem magicznym?
O, a jakże, ale w sposób naprawdę cudowny, bo i o miłości (nie znającej wieku) też jest…
Pozostałam urzeczona i w oczekiwaniu na jej kolejne książki.

Wyd. GLOWBOOK

Nim dojrzeją maliny – Eugenia Kuzniecowa

Eugenia Kuzniecowa to jeden z najważniejszych młodych głosów w literaturze ukraińskiej. Nim dojrzeją maliny jest debiutem prozatorskim, napisanym w niezwykłej poetyce, którą można nazwać „magizmem realistycznym”. Za tę powieść autorka otrzymała wyróżnienie Europejskiej Nagrody Literackiej.

okładkowo
Trzy siostry, jedno miejsce na ziemi. Kojąca opowieść o powrocie do domu.
Mijka właśnie się zaręczyła, ale wciąż kocha innego mężczyznę. Lilka pragnie spędzić na ukraińskiej wsi ostatnie lato przed wyjazdem na drugi koniec świata. Marta niebawem urodzi bliźniaki i nie chce zdradzić, kto jest ojcem. Wszystkie trzy pragną schronić się przed światem. Marzą o tym, by wziąć oddech przed kolejnym skokiem na głęboką wodę życia.
Azyl znajdują w swoim raju z dzieciństwa – u babki Teodory. W jej domu, ukrytym w gąszczu krzewów, wśród śpiewu ptaków i zapachu owocujących drzew, czas na chwilę się zatrzymuje. Kobiety mogą na nowo odkryć siebie i łączące je więzi. Ale życie nie pozwala o sobie zapomnieć i coraz gwałtowniej wdziera się do ich niemal magicznego schronienia. Nie da się przed nim uciec, ale teraz już można stawić mu czoła.
Nim dojrzeją maliny niesie nadzieję wszystkim, którzy marzą o szczęśliwym miejscu na ziemi. To opowieść o tym, że czasem trzeba się zatrzymać, aby odnaleźć w sobie siłę.

Na początku był obraz (okładka) a potem słowo (opis książki) i zachwyciło od razu. „Nim dojrzeją maliny” skojarzyło mi się innymi czytanymi kiedyś tytułami – „Kobiety z Czerwonych Bagien” lub „Gdybym ci tylko powiedziała”.

W tej książce pod pozorem normalnej, zwykłej fabuły, jest jakaś oniryczność, ułuda, magia, wszystko przemieszane z „normalnością” cokolwiek miałaby ona znaczyć. Taki powrót do źródeł, do krainy dzieciństwa sprawdza się nieźle w powieściach, o ile są dobrze napisane.
Tak na szczęście jest. 
Słodycz i gorycz, dziegieć i miód tutaj zawarte sprawiają, że nie sposób nudzić się „malinami”, a tym bardziej odłożyć lekturę, zanim się dokończy.  
Kobiecość, przyjaźń, miłość, oddanie, szalony momentami feminizm, nadzieja, szaleństwo, radość i smutek, życie i śmierć… wszystko ściera się tu ze sobą, okraszone niesamowitym humorem bohaterek.

Jak na debiut wyszło cudnie, czy ja już mówiłam, że kocham takie debiuty, poza tym prozę ukraińska dążę szczególną estymą. Jest klimat, jest moc.




Wyd. Znak

Listopadowe porzeczki – Andrus Kivirähk

Andrus Kivirähk –  to jeden z najpopularniejszych współczesnych estońskich pisarzy, dziennikarz oraz dramaturg. W oparciu o jedną z jego książek powstała gra planszowa (przetłumaczona na angielski jako „The Man Who Spoke Snakish”). Jego najnowsza książka nosi tytuł „Listopadowe porzeczki”.

okładkowo
Nietuzinkowa powieść wypełniona czarnym humorem i przeszywającą grozą, w której mitologia miesza się z surową, naturalistyczną rzeczywistością, a stare wierzenia łączą z chrześcijaństwem. Estońska dziewiętnastowieczna wioska, której rytm wyznaczają kolejne kartki z kalendarza. To w niej toczy się tragiczna i zaskakująca historia miłosna Hansa, Liiny i Jaana. W tamtejszej mitologii duchy zmarłych nazywane są krattami. Choć wydawałoby się, że mogą być straszne, w istocie są bardzo pomocne podczas podkradania pożywienia z pobliskiego dworu. By ożywić kratta i dać mu duszę, chłopi podpisują z diabłem cyrograf – sprytnie jednak go oszukując i zamiast krwi używając soku z porzeczek…. Co może pójść nie tak?
Powieść Kivirähka to książka szalona, pełna zadziwiających (i dziwacznych) zwrotów akcji. Niestereotypowa, okrutna, naturalistyczna i romantyczna zarazem. Nie da się pojąć świata estońskiej wioski „szkiełkiem i okiem”. Trzeba uruchomić wyobraźnię, empatię i przyjąć go z niepokojem oraz … gromkim śmiechem.

Tak jak Estończycy, to potrafią pisać chyba jeszcze tylko Finowie no i może Czesi, jakieś podobieństwo duchowo – mentalne czy co, ale ja to tak odbieram. W tym szaleństwie jest metoda, zapewniam. 
W prozie Kivirähka mamy połączenie estońskich wierzeń z chrześcijaństwem oraz zabobonami i to wszystko bardzo ciasno ze sobą. Całość nie mogła rzecz jasna obyć się bez historii miłosnej, niekoniecznie jednak zakończonej happy endem.
Ta książka nie każdemu może przypaść do gustu, nie tylko przez specyficzny humor, czy zabiegi literackie (pomieszanie realizmu z realizmem magicznym itp.) ale ma swój klimat i  na pewno nikogo nie pozostawi obojętnym po przeczytaniu.
Na pewno pozwala oderwać się od szarej, choć czasem nie mniej szalonej rzeczywistości, a przecież o to też w tym całym czytaniu chodzi… 🙂 

Myślę, że na ten późny jesienno/zimowy czas jak znalazł.

Wyd. Literackie

Małe Grozy – Łukasz Staniszewski

Łukasz Staniszewski – jest pisarzem, dramaturgiem i twórcą scenariuszy słuchowisk radiowych. Za swoją twórczość – w tym za teksty wchodzące w skład mikropowieści „Małe Grozy” – otrzymał liczne nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. Jest laureatem wielu nagród (m.in. na Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie.)

okładkowo
Hipnotyzująca i magiczna opowieść z serca Warmii. Stary Jerycho hoduje pod powiekami perły, Michał Toporek konstruuje niemożliwe maszyny, moc opowieści Józwy jest tak nieodparta, że przyciąga wszystkie kobiety, Daniłło czyta w myślach, a Karolina burzy krew nawet w drewnianym strachu na wróble. Jeśli Warmia nie miała dotąd swojej mitologii – duchów, strachów, kusicielek i demonów – mieszkający w Olsztynie Łukasz Staniszewski wypełnia ten brak swoim brawurowym debiutem powieściowym.
Pełne zmysłowości, zaskakujące i oryginalne historie, które tworzą realistyczny, a zarazem magiczny obraz Warmii – mikroświata, którym rządzą popędy, pragnienia i tęsknoty, a jedynym sposobem na zaspokojenie niepohamowanego apetytu na życie jest odnalezienie jedności z naturą, choćby i poza moralnością.


Tematyczny zbiór opowiadań, czyli mikropowieść „Małe Grozy” kusi już niezwykłą i klimatyczną okładką. Sama proza zaś jest mocno specyficzna, trzeba się „przestawić” wręcz „dostroić” do warmińsko-mazurskich klimatów przetworzonych przez realizm magiczny w wydaniu autora. Ta książka zabiera czytelnika w prawdziwą magiczną podróż i to bez trzymanki…
Magia i „wszystkomożliwość” przenika zasiewy, żniwa, zbieranie agrestu i pędzenie zeń bimbru, nocne schadzki w lesie i nie tylko (nie zawsze z ludźmi). Tutaj nie ma zwyczajności, a każda chwila niepodobna do poprzedniej. Napar z rumianku okazuje się niekoniecznie tym za co bierzemy go zazwyczaj a perły, prawdziwe perły można wyhodować pod powiekami….

„Mój dziadek, żeby stać się niesłyszalnym owijał słomą stopy.
Żeby stać się niewidzialnym, narzucał na siebie jutowy worek.
Upijał przy tym łuk rumianku. Śmiałem się, że przypomina stracha na wróble, ale kazał zamknąć mi gębę.”

Debiut Łukasza Staniszewskiego jest bardzo poetycki ale przy tym dość surowy. Świetną robotę wykonała projektantka okładki Pani Agnieszka Odrakiewicz, gratuluję, a czytającym polecam dokładne przyjrzenie się i przeanalizowanie grafiki 🙂 Możecie się mocno zdziwić!


Wyd. LITERACKIE

Wdowie wzgórze – Katarzyna Ryrych

Katarzyna Ryrych – to polska pisarka, poetka, nauczycielka i malarka. Ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zadebiutowała w 1981 roku tomikiem poezji „Zapiski pewnej hipiski”. Od tamtej pory wydała wiele książek dla starszych i młodszych, m.in. Pamiętnik Babuni, Niebajki, Mieszka w Wieliczce, gdzie pracuje jako nauczycielka, a wolne chwile spędza w swojej krakowskiej pracowni. Maluje, gra na wiolonczeli i fortepianie. Ma dwóch synów. Kocha zwierzęta, podróże i dobrą książkę. „Wdowie wzgórze” wydane kilka miesięcy temu, miałam przyjemność niedawno przeczyta.


„Wdowie Wzgórze”, kolejna książka Katarzyny Ryrych, to opowieść dla kobiet, słodko-gorzka historia o wiecznie żywej pamięci, o młodości dającej źródło siły na starość, o wierności marzeniom i o miłości, miłości nie zawsze łatwej, nie zawsze stereotypowej, miłości trudnej – przenikającej każdą stronę tej opowieści.
To historia szalona, tocząca się na pograniczu baśni i jawy, którą budują w równym stopniu przeszłość i teraźniejszość, dziejąca się w świecie, gdzie „umarli nie są naprawdę umarli”, gdzie starość częstokroć bywa bardziej spełniona niż młodość, a człowiek w imię swoich uczuć gotowy jest popełnić każdy desperacki krok…
Spotykamy w niej postaci tragiczne i komiczne, natrafiamy na cienie przeszłości, zmory straszące bohaterów, którzy mimo wszystko znajdują w sobie tyle siły, aby stawić im czoło.
„Wdowie Wzgórze” to również opowieść o przebaczeniu i nadziei, o człowieczeństwie, każącym zapominać o wszelkiej odmienności, wystawianym na próbę i wychodzącym z niej zwycięsko.

Książka do czytania na spokojnie i bez pośpiechu, typowa na długie wieczory spędzone w domu pod kocykiem z kotem (psem) na kolanach. 

To moje kolejne już spotkanie z pisarstwem Katarzyny Ryrych i kolejny zachwyt – dla jej prozy zawsze znajdę czas, bo zawłaszcza bez reszty.
Pozornie „Wdowie Wzgórze” to książka o przemijaniu, ale na pewno nie tylko. Powieść jest afirmacją życia w każdej postaci, a szczególnie już u schyłku lata, jesieni tuż, tuż przed wieczną zimą. Tu wszystko się przenika: życie i śmierć, smutek i radość, szkiełko i oko. A bohaterki nietuzinkowe, choć bardzo prawdziwe, mimo że swoisty realizm magiczny momentami potrafi temu zaprzeczyć.

Wyd. Piętro Wyżej



Ona i dom, który tańczy – Małgorzata Oliwia Sobczak

Małgorzata Oliwia Sobczak – mieszka w Sopocie, na co dzień zajmuje się badaniami naukowymi oraz pracami rozwojowymi w dziedzinie nauk społecznych i humanistycznych. Ukończyła kulturoznawstwo i dziennikarstwo. Jest członkinią Stowarzyszenia Kochamy Żuławy. Zadebiutowała w 2015 roku – postmodernistyczną baśnią Mali, Boli i Królowa Mrozu. W swoich utworach łączy nurt egzystencjalny z realizmem magicznym. Jej najnowsza książka nosi tytuł: Ona i dom, który tańczy.

okładkowo
Trzy kobiety, których losy są ze sobą nierozerwalnie połączone. Dom na Żuławach, w którym krzyżują się wszystkie te historie.

Iwa powraca po latach do niezwykłego domu na Żuławach i odkrywa tajemnice rzucające nowe światło na historię rodzinną. Pragnie zrozumieć motywy kierujące jej bliskimi i złożyć w logiczną całość wydarzenia z przeszłości.
Książka zabierze czytelnika w powojenne i współczesne czasy, ukazując postacie trzech kobiet, które poszukują szczęścia pomimo przeciwności losu. Pełna emocji fabuła umieszczona w urzekającej scenerii pozwala odbiorcy zagłębić się w magicznej przestrzeni Żuław. Specyficznego klimatu powieści dopełnia muzyka, dzięki której ożywa dom – niemy świadek radości, smutków i trosk jego mieszkańców.

Książki pełne tajemnic i niezwykłego, niepowtarzalnego klimatu lubię chyba najbardziej, dlatego ta z miejsca przypadła mi do gustu.

Trzy portrety psychologiczne różnych kobiet – poznawanie ich losów było niesamowitą przygodą.  Postacie niebanalne i świetnie skonstruowane. I o ile nie jestem fanką realizmu magicznego, to tutaj te elementy spodobały mi się.  Do tego przemycone w treści mądre przemyślenia i prawdy skłaniają do głębszych refleksji. Polecam nie tylko wakacyjnie.

Emocjonująca i piękna proza. Chciałabym znaleźć się kiedyś w takim  domu na Żuławach.

 

 Wyd. NOVAE RES