Zdaje się potwierdzać moje odczucie, że nikt tak nie opisze Anglii i Anglików jak mieszkaniec Antypodów; z odpowiednim dystansem a jednocześnie ciekawością tego narodu bądź co bądź specyficznego (pomijam już słynne five o’clocki). W tym wypadku Australijka Kate Morton doskonale uchwyciła tzw. „brytyjskość” i to taką niemal z przed wieku. Autorka (rocznik 1976) studiowała w Londynie a przyszłość swoją wiązała z teatrem, na szczęście dla miłośników książek stwierdziła, że najbardziej w życiu pragnie pisać. Dom w Riverton jest jej debiutem literackim.
Długo zastanawiałam się nad wypożyczeniem tego tytułu, którego lekturę w końcu gdy zaczęłam czytać, co rusz przerywały mi inne zazdrośnice (książki). Jednak ta masywnej postury istota (ponad 500 stron) cierpliwie czekała na swoją kolej. I potem, jak już udało nam się razem porozmawiać było wspaniale…
Powieści tej nie można uznać jedynie za „doskonały kryminał z fascynującą historią miłosną w tle” jest w niej coś więcej, dawnych wspomnień czar – czas jeszcze sprzed I wojny a potem lata dwudzieste (ach, ta cała dekadencja). Schyłek jakiegoś porządku, upadek obyczajowości i NOWE czające się za progiem – co było szczególnie trudne dla arystokracji a tym na „dole drabiny” ukazywało większe możliwości.
Osią opowieści staje się pewien wieczór, podczas wystawnego przyjęcia wśród wyższych sfer, gdzie nad jeziorem posiadłości Riverton, młody poeta popełnia samobójstwo. Jedynie dwie Siostry Hannah i Emmeline są świadkami dramatu, a po nim nigdy już się nie zobaczą. Jest sporo retrospekcji poprzedzającej ów feralny wieczór, bo całość wszak opowiada Grace (niegdyś służąca w Riverton, potem archeolog). U progu śmierci postanawia nagrać „taśmy prawdy” aby przekazać je ukochanemu wnukowi, bo najbardziej ciąży jej pewien sekret, który nosiła w sobie przez całe życie a nigdy nie zdołała wymazać z pamięci. Podczas zimy 1999 roku, dziewięćdziesięcioośmioletnią Mr. Grace Bradley, pensjonariuszkę domu spokojnej starości odwiedza młoda reżyserka, która kręci film o samobójstwie w.w. poety. Na nowo w pamięci nietuzinkowej starszej Pani odżywają dawne wydarzenia a tajemnica niemal sama prosi się o uwolnienie.
Lektura napisana na prawdę z dużym wyczuciem, delikatnością i taktem, z pewną niewinnością nawet, jakby na prawdę osoby dramatu były na tyle niewinne by o pewnych rzeczach, sprawach itp. nie mieć w ogóle pojęcia. Ale też widzimy wiele skostniałych praw (obyczajowych), którym nie śmiano się sprzeciwiać, gdyż taki był porządek rzeczy, o nie których sprawach się nie mówiło. Dużo tu niezłomności ducha, egzaltacji i ślepego niekiedy uporu. G. przypomina mi bardzo Rose (z filmu Titanic) gdy po przeżyciu ogromnej tragedii, poszła w życiu swoją własną drogą, by pewne sekrety wyznać już na jej końcu, tuż prze metą…

Ja też lubię K. Morton, jest świetna…:-)
Tak jak piszesz, to faktycznie, coś z Titanica…
Jeśli czytam, że ktoś: „U progu śmierci postanawia nagrać „taśmy prawdy” aby przekazać je ukochanemu wnukowi, bo najbardziej ciąży jej pewien sekret, który nosiła w sobie przez całe życie” – to dla mnie szczyt egoizmu i tchórzostwa. Całe życie wytrzymała z tym ciążeniem a u progu już nie może? Po co obarczać przyszłe pokolenia naszymi błędami? Wybacz Różyczko, złoszczę się na autorkę a nie na Ciebie
To nie do końca błędy, raczej bardziej tajemnica chyba…a jak zwał tak zwał, nie gniewam się, ale książkę Ci polecam, mimo złośnicowania 🙂