W myśl porzekadła „nie oceniaj książki po okładce”, tym razem w drugą stronę poszło, bo okładka taka sobie, wręcz zapowiadająca taką sobie nie wiadomo o czym pozycję literacką (romanssssidłooo byle jakie). A tu proszę, niespodzianka, książka rewelacyjna – na razie jedyna po polsku Gra o wszystko autorstwa Juliana Leesa. Dzięki Moja droga M, że mi ten tytuł wcisnęłaś do ręki 😉
Akcja rozpoczyna się w portugalskiej kolonii – Makao w 1928 roku i przez kolejne dwie dekady przenosi nas do Rosji stalinowskiej, Japonii oraz Szkocji, trzymając rzecz jasna cały czas w napięciu. Trzydziestoletnia Nadia Szaszkowa prowadzi rodzinną trafikę i jest głucha na wszelkie apele matki o zięciunia. Zresztą żaden starający się nie przypada jej do gustu. N. jest samotniczką, bardzo bystrą, oczytaną i niezależną, której jednak wspomnienia tragedii z przed lat (w Rosji) nie dają spać. Pewnego dnia w w sklepie zjawia się Iain Sutherland – Szkot (pracownik konsulatu brytyjskiego) i jest bardzo Nadią zainteresowany. Zainteresowanie dwuznaczne (ukryty powód) zmienia się w jednoznaczne i niezwykle emocjonalne oraz emocjonujące. Ian jest gotów pójść nawet do stalinowskiego piekłą, byle tylko pomóc ukochanej, byle tylko ona uwierzyła w czystość jego intencji…
„Gra o wszystko” to saga rodzinna pełna niespodziewanych zwrotów akcji i dramatycznych wydarzeń. To historia o miłości, poświęceniu, wielkiej odwadze i walce z przeciwnościami losu. A wszystko to w egzotycznej scenerii Dalekiego Wschodu.”
Zazwyczaj nie przepadam za „egzotyczną scenerią” bo jest przeładowana obcymi nazwami, opisami itd, ale w tym wypadku nie męczy, fabuła ciekawa a język literacki piękny.

Bardzo lubię sagi rodzinne 🙂
WitajMiło poczytać przy kawce :)Pozdrawiam serdecznie 🙂
Zachęcam, książka na prawdę niezwykła..;-)