Lincoln Highway – Amor Towles

Amor Towles pochodzi z Bostonu. Ukończył prywatną szkołę w Massachusetts, a w 1987 studia na Yale University. W latach 1991-2012 pracował jako doradca inwestycyjny w Nowym Jorku. Jest członkiem rad nadzorczych wyd. Library of America oraz Yale Art Gallery. Mieszka na Manhattanie z żoną i dwójką dzieci.  Uwielbia jazz z lat 50., kryminały z lat 70., rockandrolla, włoskie makarony itd… Jest też fanem gier karcianych, kawiarni oraz domowych ciasteczek. 

okładkowo
Emmett Watson właśnie wyszedł z poprawczaka. Wraca na rodzinną farmę w Nebrasce, gdzie czeka na niego młodszy brat, długi po ojcu i błękitny studebaker – jego jedyny majątek. Emmett ledwo skończył 18 lat, a już może liczyć tylko na siebie. Chce zabrać brata do słonecznej Kalifornii, gdzie zaczną wszystko od nowa. Może nawet uda im się odnaleźć matkę, która lata temu bez słowa wyjechała do San Francisco? Ale przewrotny los sprawia, że Emmett i Billy muszą wyruszyć w przeciwnym kierunku. Do Nowego Jorku – miasta, gdzie początek bierze legendarna autostrada Lincolna, pierwsza droga łącząca ze sobą dwa krańce Ameryki. (…) to zapierająca dech w piersiach odyseja przez Amerykę lat 50., gdzie spotykamy całą plejadę postaci znanych z amerykańskiej prozy najwyższej klasy: włóczęgów, bon vivantów, hochsztaplerów i wędrownych kaznodziejów. To także urzekająca historia o dorastaniu, o długach, które wcześniej czy później będziemy musieli spłacić, i o tym, jak łatwo jest zbłądzić, gdy w gorączce podróży zgubimy swój moralny kompas.

Książka cudownie dopracowana i to w najdrobniejszych detalach. Mimo, że akcja dość powoli nabiera tempa, to nie wieje nudą… „wgryzamy” się w nią spokojnie i ze smakiem. W tej powieści jest mimo wszystko dość refleksyjnie, ba nawet nostalgicznie. Styl Towlesa jest jednym z lepszych jakie dane mi było na przestrzeni lat czytać. Bardzo żywy, ekspresyjny, naturalny z odrobiną tęsknoty zwłaszcza za tym co utracone, co już dawno minęło.

Tego rodzaju (wielopoziomową) książkę określa się często mianem „przygodowej”, „wielkiej włóczęgi”, „powieści drogi” itp. Dodatkowo droga samej fabuły do najprostszej nie należy, bo znajdziemy tu i parę zakrętów oraz rozdroży, które nie jednego zaskoczą. 
A czytając ją aż się chce rzucić wszystko i po prostu ruszyć przed siebie, już nie ważne czym i z kim, aby w świat z radiem na full i wiatrem we włosach… 

Warto dać się poprowadzić w nieznane tej literaturze.

Wyd. Znak literanova




Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie – Jesmyn Ward

Jesmyn Ward (ur. 1 kwietnia 1977 r.) jest amerykańską pisarką i profesorem nadzwyczajnym języka angielskiego na uniwersytecie w Tulane. Jest pierwszą kobietą dwukrotnie uhonorowaną National Book Award for Fiction – w 2011 r. za „Salvage the Bones” oraz w 2013 r. za swoją trzecią powieść – Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie. 

okładkowo
Trzynastoletni Jojo na swój sposób próbuje zrozumieć, co znaczy być dobrym człowiekiem. Stopniowo poznaje świat, czerpiąc zarówno z bliskich mu wzorców, rodzinnych opowieści oraz legend. 
Splot wydarzeń zabierze go w podróż do więzienia stanowego Parchman w mrocznym sercu Missisipi, gdzie natrafi na pewnego udręczonego chłopca, który nosi w sobie całe zło amerykańskiego Południa. On również nauczy Jojo czegoś na temat człowieczeństwa, a także dziedzictwa, przemocy i miłości.

Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie już tytułem „wkręca” się w serce, a im bardziej wgryzamy się w lekturę, tym bardziej panoszy się w nim i nie da wyrzucić. Nie od dziś wiadomo, że amerykańskie południe to kolaż przeciwieństw i kolorów, bieli i czerni, dobra i zła, biedy i bogactwa, nadziei i rozpaczy… narkotyków, alkoholu etc. Czytając powieść sama czułam się momentami niemal fizycznie chora, samotna i „na głodzie” wraz z bohaterami powieści, tak przejmujący jest to utwór, którego na dodatek nie da się czytać szybko ze względu na ładunek w nim zawarty. 

Ward  ukazuje nam coś więcej, niż tylko to co znamy, ogniskuje cały swój literacki talent, na najmniejszej jednostce społecznej – na rodzinie, na jej wielkości ale i nędzy, podsuwa nam pod sam nos problem rasizmu, od którego Ameryka próbuje co chwilę się odwracać. Do tego zapomniane zwyczaje, wierzenia i tradycje ludzi południa przebijają się przez nowoczesność. Książka jest bardzo odważna, mocna, mądra. Została napisana dość prostym, niemal surowym językiem. Przez swoja chropowatość wywiera jeszcze większe wrażenie i czytającego nie pozostawia obojętnym – to mocna rzecz. I koniecznie.

 Wyd. Poznańskie