Prawdziwe tygrysy – Mick Herron

Mick Herron urodził się w Newcastle, ale obecnie mieszka w Oksfordzie. Na swoim koncie ma wiele poczytnych i nagradzanych książek, a „Kulawe konie” zyskały status jednej z dwudziestu najlepszych powieści szpiegowskich wszechczasów, po „martwych lwach” nadszedł czas na „Prawdziwe tygrysy”, czyli trzecią część cyklu (Slough House).

okładkowo
Nie przestajesz być szpiegiem tylko dlatego, że wypadłeś już z gry.
Catherine Standish wie, że szpiegom nie zdarzają się przypadkowe spotkania. Pracuje w kontrwywiadzie wystarczająco długo. Zdążyła się już przekonać, czym są zdrada, dwulicowość i wbijanie noża w plecy. Nie ma jednak pojęcia, w jakim celu ktoś mógłby obrać za cel właśnie ją – alkoholiczkę na odwyku, która w królestwie Jacksona Lamba wraz z resztą przegrywów przekłada papiery z jednej sterty na drugą. Ktokolwiek przetrzymuje Catherine jako zakładniczkę, na pewno nie robi tego z powodów osobistych. Chodzi mu o Slough House. A najprawdopodobniej o samego Jacksona Lamba…

Stopniowo odkrywana intryga, budzi w czytającym niemałe zdziwienie, bo ten wróg nie będzie wcale tak czysto fizyczny, jakby się mogło wydawać. A tajemnice i matactwa będą na prawdę na wysokim poziomie.

Jak zwykle też u tego autora nie tylko akcja nas porywa, ale i specyficzny humor unosi… taki podszyty ironią (no brytyjski na wskroś). Osobiście go uwielbiam.  Wierzcie mi na londyńskich ulicach naprawdę się dzieje… ryzykowna i bardzo niebezpieczna rozgrywka sprawi, że Kulawym Koniom grzywa się na karku nie raz zjeży (no dobra poniosło mnie z określeniami, ale to świadczy jedynie o tym, jak mi się podobała). Powieść szpiegowska w najczystszej formie

Nie odłożycie, aż przeczytacie do końca, nie mówiąc o tym, że sięgniecie po inne części tego cyklu. A sam Herron, podobnie jak (przynajmniej wg. mnie Reverte) nie lubi zbytnio swoich bohaterów i nader często srodze ich doświadcza.  

Najwyższy czas obejrzeć wreszcie serial.

Wyd. Insignis

Kulawe konie – Mick Herron

Mick Herron urodził się w Newcastle upon Tyne, ale obecnie mieszka w Oksfordzie. Autor ma na swoim koncie wiele poczytnych i nagradzanych książek, a "Kulawe konie" zyskały status jednej z dwudziestu najlepszych powieści szpiegowskich wszechczasów.

okładkowo

Nie przestajesz być szpiegiem tylko dlatego, że wypadłeś już z gry…
Wykluczeni z grona czempionów z Regent’s Park, zesłani do Slough House za narkotyki i pijaństwo, za rozpustę i wpadki, za politykowanie i zdrady… Fatalnie dobrani i znakomicie wyszkoleni przeciętniacy pod wodzą Jacksona Lamba nie przeprowadzają już operacji. Przekładają tylko papiery. Żaden z nich nie wstąpił jednak do kontrwywiadu po to, by stać się kulawym koniem.
Zostaje porwany chłopak. Zapowiedziano internetową transmisję na żywo z jego ścięcia.
Odgórne instrukcje są jednoznaczne – ale przecież kulawe konie ze Slough nie będą siedzieć cicho i patrzeć… Nigdy nie lekceważ tych, którzy nie mają nic do stracenia.

Uwielbiam tak zakręcone i pełne zwrotów (najlepiej nieoczekiwanych) książki) palce lizać po prostu i nie tylko do przewracania stron… Najfajniejsze jest, gdy nie wiesz kto kogo i dlaczego, a co ci się wydaje, że wiesz, to ci się tylko wydawało 🙂 Dopiero gdy zamkniesz okładki i wszystko ci się w głowie „ułoży” przyznasz, że w tym szaleństwie była metoda. Zapewniam, to taka właśnie książka.

Retrospekcje tutaj robiły dobrą robotę, bo bywa czasami, że zbytnio mieszają, ale nie tu. Tytułowe „kulawe konie” to bynajmniej nie kulawo wykreowani bohaterowie. Świetnie skonstruowane i barwne postacie.
Dawno nie czytałam tak dobrej „szpiegówki” i do tego tego ta brytyjskość.

„Kulawe konie” jak na pierwszą część serii Slough House, spisały się nieźle i nie kulejąc dobiegły do mety. Po kolejne na pewno sięgnę, a potem obejrzę zapewne ekranizację z Garym Oldman. 

P.S. Kolejna część pt. „Martwe lwy” ukaże się jeszcze w tym miesiącu.

Wyd. Insignis