Mick Herron urodził się w Newcastle upon Tyne, ale obecnie mieszka w Oksfordzie. Autor ma na swoim koncie wiele poczytnych i nagradzanych książek, a „Kulawe konie” zyskały status jednej z dwudziestu najlepszych powieści szpiegowskich wszechczasów.
okładkowo
Kulawe konie, czyli niezadowoleni ze swojego losu agenci ze Slough House, królestwa Jacksona Lamba, zesłani na wieczne przekładanie papierów zamiast pracy w terenie, nieoczekiwanie dostają zadanie sprawowania pieczy nad odwiedzającym Londyn rosyjskim oligarchą. Tymczasem szpieg z czasów zimnej wojny zostaje znaleziony martwy w autobusie pod Oksfordem – zawał serca, który jest rzekomo powodem jego śmierci, nie daje spokoju Jacksonowi Lambowi. Irytujący wszystkich (na czele z własnymi pracownikami) Lamb zaczyna węszyć. Ile osób musi zginąć, żeby stare sekrety nie wyszły na jaw?
Po rewelacyjnych „Kulawych koniach” przyszedł czas na „Martwe lwy”, które (to WAŻNE) można spokojnie czytać, bez znajomości tej pierwszej. Wydarzenia (z Kulawych…) oraz postacie są przypomniane lub po krótce wyjaśnione, na zasadzie Who is Who, i co się zadziało poprzednio.
Podobnie jak w poprzedniej książce agenci jacy są każdy widzi, ze swoimi zaletami, wadami i problemami. Ale walczą niestrudzenie.
Książka narratora, bo dialogów niewiele, czyta się zaskakująco szybko jak na taka formę podania. Znamienna dla tego autora jest oszczędność środków, tu nie ma nic za dużo jest za to błyskotliwy (brytyjski i czasami czarny) humor, ironia oraz niesamowita przenikliwość (a to ostatnie nie wielu pisarzy potrafi).
Mam ogromna chrapkę na kolejne części.

