Na księżycu i z szabelką, czyli „Artemis” – Andy Weir oraz „Ryngraf” – Piotr Śliwiński

Między bigosem a uszkami jeszcze (podwójna) recenzja – propozycja mikołajowa.

Piotr Śliwiński debiutował powieścią Dziki Kąt
Mieszka w Krakowie z żoną i dwiema córkami. Jego ulubionym programem tv wielkie akwarium z południowoamerykańskimi rybami, a zajęciem – pieczenie, choć chyba po pisaniu, które wyszło mu w Ryngrafie znakomicie.

okładkowo
Rok 1794. Ostatnie miesiące istnienia I Rzeczypospolitej. Uście Solne — senne miasteczko w zaborze austriackim u ujścia Raby do Wisły. Do Stanisława Krzysztofczyka, kowala i byłego podoficera piechoty koronnej, przybywa jego dawny przyjaciel, oficer artylerii, dziś sprzysiężony emisariusz Julian Zakrzeński i próbuje nakłonić go do uczestnictwa w przygotowywanej insurekcji. Krzysztofczyk początkowo odmawia, jednak późniejsze zdarzenia zmuszą go nieoczekiwanie do dokończenia misji przyjaciela i tym samym do udziału w powstaniu.

Ryngraf to epopeja powstańcza, w której pojawiają się piękna i tragiczna miłość, ciemna intryga i zamach na Kościuszkę, a obok postaci fikcyjnych występuje cała plejada historycznych, z królem Stanisławem Augustem, księciem Józefem, księdzem Kołłątajem, pułkownikiem Kilińskim czy feldmarszałkiem Suworowem.

Piękne, po prostu piękne, już gdy zobaczyłam okładkę wiedziałam, ze to będzie WIELKA książka. I tak się stało. Tu fikcja miesza się z historią, bohaterstwo z tchórzostwem. Miłość z wojną. Całość wspaniale napisana, czyta się niczym film (wrażenie gotowych filmowych ujęć niesamowite.

Ryngraf to nie tylko powieść historyczna, to rzecz o nas samych, naszych przodkach, o bohaterach, których kości już dawno przemieniły się w proch. Ale i o namiętnościach, które od zawsze rządzą ludźmi, bo nic nie wzbudza większych emocji niż miłość i władza i nic częściej niż one nie doprowadza do konfliktów. Napisana pięknym malowniczym językiem sprawia, że nasz świat na te kilkaset stron zupełnie przestaje istnieć.

Wymarzony prezent (nie tylko pod choinkę) dla każdego miłośnika dobrej prozy historycznej.

Okładka książki Ryngraf Wyd. Muza

 

Wszyscy wiemy, że po Marsjaninie Andy Weira świat już nie jest taki sam. Facet zrobił niezłe zamieszanie w literackim kosmosie. A po dwóch latach oczekiwania, mamy jego kolejną powieść pt. Artemis.

okładkowo
Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Dobrze żyje się tam właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Tym, że misterny plan oznacza konieczność wejścia na ścieżkę przestępstwa, nie przejmuje się ani przez chwilę. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.

Staram się nie porównywać do poprzedniej książki tego autora, bo i po co , to już zupełnie inna bajka i dziejąca się dużo bliżej (w końcu księżyc jest bliżej ziemi niż Mars).
Główna bohaterka budzi sympatię w równym stopniu co irytuje, ale przy tym zaradnosci zyciowej nie sposób jej odmówić. Przy tym jest zuepłenie „normalna” współczesna i stroni od trwałych związków, marząc jednocześnie po cichu o czymś zupełnie odwrotnym, choć sama sie do tego nie przyznaje. ów brak pokory, zadziorność i jasno wytyczony cel, sprawiają, że czujemy dla tej drobnej osóbki swego rodzaju szacunek i mocno jej poczynaniom kibicujemy.
Powieść napisana weirowym językiem, znów kosmos techniki, technologii i czego tam jeszcze chcecie, ale tak fajnie opisany, ze nawet ja wszystko rozumiem. I przypomina mi się od razu jak to tato miał spawarkę z takim błękitnym ognikiem 🙂
Całość mi się podobała, choć ciut mniej niż jego poprzednia książka, ale w końcu miałam nie porównywać…

 

Wyd. Akurat

Marsjanin – Andy Weir

Andy Weir już jako piętnastolatek został zatrudniony w narodowym laboratorium, jako programista gdzie pracuje do dziś, jako inżynier oprogramowania. Natomiast jego fascynacja inżynierią kosmiczną, mechaniką orbitalną, zastosowaniami teorii względności czy historią lotów kosmicznych zaowocowała debiutem książkowym pt. Marsjanin. Książka powstawała najpierw na stronie autora a potem jako ebook.

Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie. Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Czytanie „Marsjanina” okazało się zaskakująco pozytywnym doznaniem. Choć na początku wydawało się, że będzie to niezbyt porywająca opowieść o człowieku, który po prostu próbuje przeżyć, w niekorzystnych warunkach, na Czerwonej Planecie. I to w zasadzie bez szans na przetrwanie, przy niesprawnym systemie komunikacji, zdany wyłącznie na siebie. A głównym bohater określa swoją sytuację tak: „Mam całkowicie przesrane. To moja przemyślana opinia. Przesrane.” (w oryginale: I’m pretty much fucked. That’s my considered opinion. Fucked.).

Co mu pozostaje? Czekanie w samotności na pewną śmierć? Czy coś jeszcze może się wydarzyć? Okazuje się, że bardzo wiele.

Mark jest zabawnym facetem, przy tym oczywiście strasznie łebskim astronautą – botanikiem i mechanikiem w jednej osobie. Śledzenie jego zmagań, ze strony na stronę, wciąga coraz bardziej. I, hej, jako czytelnik, łapiesz się w końcu na tym, że naprawdę chcesz, żeby mu się udało…
Marsjanin napisany jest głównie w formie dziennika, prowadzonego oczywiście przez samego Watneya (bo kogóż by innego), w rytmie marsjańskich dni (tzw. soli), nieznacznie dłuższych od ziemskich. Watney pisze swój dziennik „na gorąco”

W pewnym momencie autor wprowadza kombinację dziennika i narracji trzecioosobowej, ukazującej sytuację „zagubionego w kosmosie” astronauty z innej perspektywy (tej ziemskiej). Jest to fabularnym strzał w „dziesiątkę”, dodaje dynamiki i kolorytu całości.

Warto wspomnieć o dość wysokim nasyceniu książki wiedzą z zakresu techniki, fizyki, chemii, botaniki, geologii, astrofizyki itd. Pisarz wykonał wprost tytaniczną pracę, by nie tworzyć fikcji naukowej, ale napisać wszystko w zgodzie z dzisiejszym stanem wiedzy.
„Autor jest tu ściśle naukowy i techniczny, aż do bólu. W książce wszystko się zgadza, wszystko jest logicznie prawdopodobne, możliwe.”
Dlatego Marsjanina czyta się jak „najprawdziwszą prawdę” a przy tym jeszcze na wesoło, bez zadęcia czy patosu.
Zostaje nam już tylko oczekiwać filmu w reż. Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej, no i kolejnej książki Andyego Weira.

 Wyd. Akurat