Z sensacji w zasadzie wyrosłam, ale ze śmiesznej sensacji to na pewno jeszcze nie zamierzam. A książka Hugh Lauriego jest nie tylko sensacyjna lecz i niezwykle zabawna, czyli „lekarz” też potrafi. Sięgnęłam po nią powodowana ciekawością. Pomyślałam skoro na serial o H. nie mam czasu (a żałuję) – może kiedyś, to choć zobaczę co ten Pan poza aktorstwem jeszcze potrafi.
Sprzedawca Broni to swoisty konglomerat: trochę z Bonda, Bournea i trochę z Don Kichota, serio! Wydana chyba w 1996 roku, a u nas dopiero w 2008, na fali zapewne popularności serialu o pewnym doktorze.
Główny bohater niejaki Thomas Lang, kochający motocykle, whiskey i nie śmierdzący groszem – dostaje ofertę nie do odrzucenia (finansowo). Zabójstwa Amerykanina, ale jej nie przyjmuje. Natomiast postanawia uprzedzić o tym swoją niedoszłą ofiarę – mister Woolfa. Cały łańcuch zdarzeń uzależnia go od W. i jego córki – Sary oraz wplątuje w relacje z nimi, nieraz drastyczne. Chcą oni zapobiec atakowi terrorystycznemu; symulowanej celowo akcji, która zmusiła by rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów. Nasz Junak (pomimo wewnętrznych) oporów i wmawiania sobie, że nic do Sary nie czuje; niczym B, B i D w jednym (wspomniani wyżej) ładuje się w całą kabałę jak to się mówi „wraz z koniem, siodłem i uprzężą” , bo inaczej Sara zginie. Oczywiście w takiej książce bohater jest arogancki i złośliwy i ma specyficzne poczucie humoru.
„Nigdy nic nie planuje, wszystko co robi jest spontaniczne. Nie martwi go pusta lodówka czy bałagan w domu. „
Rozrywka inteligentna i na wysokim poziomie, napisana iście po angielsku i z angielska tzw flegmą – czyli brytowym poczuciem humoru. Miłośnik sensacji się nie zawiedzie a jej przeciwnik być może przekona 😉
a zaczyna się tak:
„Wyobraźcie sobie, że musicie złamać komuś rękę.
Nieważne, prawą czy lewą. Rzecz w tym, że musicie ją złamać, bo jeśli nie… no cóż, to też nie ma znaczenia. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jeśli tego nie zrobicie, przytrafi się wam coś złego.
W związku z tym mam następujące pytanie: czy łamiecie rękę szybko – trzask, ojej, przepraszam najmocniej, zaraz panu pomogę założyć tę prowizoryczną szynę – czy też przeciągacie całą zabawę do ośmiu minut, z każdą chwilą zwiększając odrobinę nacisk na kończynę, aż odchodzący od zmysłów delikwent zacznie z bólu chodzić po ścianach i wyć z przerażenia?
No przecież. Oczywiście. Właściwa decyzja, jedyna właściwa decyzja, to załatwić sprawę możliwie jak najszybciej. Złam rękę, popraw sobie humor kieliszkiem brandy, bądź dobrym obywatelem. To jedyne słuszne rozwiązanie.„

Witaj :)Do serialu czuję już niesmak, nie oglądam wcale.Po książkę póki co nie sięgnę, może kiedyś…Serdecznie pozdrawiam 🙂
Widzisz, tu jest ta przewaga…, że ja znam tylko jeden odcinek i pół jakiegoś tam innego, więc odbioru książki mi to nie zaburzyło, mimo to polecam czytanie jej bez pryzmatu „Housa”, pozdrawiam 😉
Serial oglądam z przyjemnością, tylko nie wiem i trochę martwi mnie już, czemu Dr z szefową nie mogą się porozumieć… a szkoda, bo seksowni oboje – przynajmniej dla mnie, a latka im już lecą…A książkę przeczytam z przyjemnością 🙂 Odłamać coś szybko? Jasne, że tak, wolałabym nogę, tyle że potem podobno boli tak samo, chociaż jej nie ma… Chciałabym umieć fruwać… nie, nie będę nikomu krzywdy robić, nawet na zamówienie 🙂 Przeczytam, bo Twoja recenzja jak zwykle zresztą – świetna 🙂
Uwielbiam House’a, choć najnowsze sezony świadomie sobie odpuściłam, żeby nie psuć dobrego wrażenia. Będę się musiała skusić i na książkę, tym bardziej, że cytowany początek ogromnie przypadł mi do gustu 😉
Nie wiedziałam, że on pisze:)Serialu nie oglądam, ale skoro dobrze pisze, to warto po niego sięgnąć, to jest po jego książki:)Pozdrawiam:)
Przypuszczam, że nie jedna…sięgnęłaby i po niego. Ot taki żarcik z mojej strony na dobranoc 😉
No fakt, facet ma to coś:):):)
Książeczka wypasiona 🙂 Miło wspominam czas spędzony na czytaniu ,,Sprzedawcy Broni ” :p